Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2009

kinonagranicy: Nedodržaný sľub, Jiří Chlumský

Po śniadanku uderzamy z Anią znowu do teatru. Tym razem trafiamy na rozliczenie z Holokaustem, w wersji czesko-słowackiej. Film dostał kilka nagród, spodziewamy się więc niezłego kina.


Sielankowy start, liczna żydowska rodzina w zachodniej Słowacji, obietnica spotkania się w tym samym składzie za rok. Jak tytuł wskazuje spełniona to ona nie będzie. I rzeczywiście: rozwój sytuacji nie jest już tak różowy. Niemcy zaczynają szykany. Mnożą się aresztowania i wywózki kolejnych osób. W zasadzie opisaną historię można nazwać studium niszczenia żydowskiej społeczności. Co strasznie, studium widziany od środka. Na spokojnie, served cold jak mawiają anglicy. Właśnie ten początkowy spokój jest nierzeczywisty. Pierwotny optymizm zmienia się niedowierzanie, potem zwątpienie, niepewność a wreszcie strach. Część z żydów decyduje się szybko na radykalne działania. Inni nie zgadzają się z nimi, uważają to za głupotę, ale oni i tak stawiają wszystko na jedną kartę. Jak się potem okazuje dzięki temu zachowują życie. Pozostali biernie przyglądają się wydarzeniom, nie wierząc że to dzieję się naprawdę.

Główny bohater, sam bierze sprawe w swoje ręcę. Młodzieńczo i głupio. Pomaga mu dużo szczęścia, talent piłkarski i zbiegi okoliczności. Jego historię śledzimy w filmie, patrząc na sceny śmieszne, ale przeważnie smutne i przerażąjące. Wojna jawi się nam okrutna na nowo. Wszak to film o niej, o cierpieniu i o ludzkiej podłości na potężną skalę.

Moja ocena: 2.3 bo sprawnie zrobiony no i ten seks wśród gruźlików: priceless ;-)

kinonagranicy: Mój Nauczyciel (Venkovský učitel), Bohdan Sláma

Wyjątkowo udało mi się wstać rano i dobiec na projekcje o 9:30. Poczułem się jak za starych nowo horyzontowych czasów kiedy miałem do heliosa 100 metrów, nikt nie marudził (grin :) i można było wstać i zdążyć na pierwszy seans, kupując po drodze drożdżówke w lokalnej piekarni na śniadanie.


Zacznę notkę od tego że film ma w Polsce dystrybucje (Gutek Film) i premiera będzie za ponad miesiąc. Czyli ktoś tam uważa iż film przyciągnie ludzi do kin. Chyba jest to dobra decyzja, bo film jest zrobiony starannie i solidnie. Widać wyłożone pieniądze w produkcji. Nic więc dziwnego że i dystrybutor się znalazał.

W warstwie fabularnej nie mogę, czy też raczej nie chcę za dużo powiedzieć by nie zepsuć historii, mogę jednak śmiało napisać że jest to po części film o miłości, czy raczej poszukiwaniu jej. Poszukiwaniu i mijaniu się. Poznawaniu ludzi w złym czasie i złym momencie. Odrzucaniu innych. A goni B, B goni C, a C ma wszystko w dupie. Ot takie nowo singlowe. A w tle jak zawsze trudne decyzje w życiu i okres zmian. Historia nie obraca się tylko dookoła ludzi młodych. Tutaj mamy pełen tygiel nastu, dwudziestu, trzydziestu i nawet więcej lat. Całość w typowym dramatycznym (melodramatycznym) tyglu.

Fabuła jest miejscami smutna, ale to czego nie można jej zarzucić to dobrze zarysowanych postaci. Wszyscy główni bohaterowie są w podejmowanych działaniach bardzo wiarygodni. Więcej, wręcz realni, sami widzimy siebie gdy zamieninie z nimi, zmierzamy w strone cierpienia. Wszystko to jako studium miłości niespełnione, odrzuconej, zmarnowanej. Trudnej. I nawet koniec jakiś taki umykający jednoznacznej interpretacji.

Mi po filmie ciągle po głowie kołacze się malowniczy obraz czeskiego małego miasteczka, czy tez wsi. Z dala od wielkomiejskiego tłoku i hałasu. Ma to swój urok, i mówi Wam to Miejski Zwierz we własnej osobie :-)

I już tak na zakończenie, ten film to tak jakby wczesny Wong Kar-Wai w wersji europejskiej. IMHO.

Moja ocena: 2.2, troche melodramatyczne, ale życiowe, w sumie nie wiem czemu nie daje mu 2.3???

sobota, 2 maja 2009

kinonagranicy: Česká RAPublika, Pavel Abrahám

Kolejna transgraniczna projekcja nad Olzą. Tym razem zdecydowanie bardziej byłem skupiony na filmie. Raz że nie było już litewskich trunków zaburzających optyczny i akustyczny odbiór filmu, dwa że film mnie zdecydowanie bardziej zaciekawił.

Co to niby miało być? Dokument o wyjściu na ulice RAPu. Czeskiego na dodatek. Nagranego z udziałem czołowej czeskiej grupy, w bardzo niebanalnym stylu pozwala nam otworzyć trochę oczy na inne gatunki muzyczne. Czy też raczej otworzyć uszy. Film z jednej strony dokumentujący coś, ale nie będący stricte dokumentem. Muzyczny bo mase w nim dobrego (tak mówili w recenzjach) czeskiego rapu, ale nie jest to musical. Komedia? Śmiałem się co chwilę, ale nie jest to przecież film weekendowy...

Pomysł przedstawienia muzyków i ich muzyki w zderzeniu z różnymi ludźmi i sytuacjami, bardzo fajnie przybliża rap, dlatego że pokazuje go zderzonego z różnymi konceptami. A poznanie czegoś jest daleko prostsze jeśli widzimy to na tle czegoś co znamy. Pozwala nam się to odnieść do nowości, rezlatywizują ją. Upraszcza zrozumienie. Zwłaszcza jeśli jak tutaj sytuacje są mocno odmienne. Społeczne, muzyczne, kulturalne i zawodowe. A RAP ciągle ten sam. Po kilkunastu spotkaniach z nim staję się muzyką troszeczkę oswojoną (przynajmniej dla mnie :) nawet jeśli wcześniej się go nie znało (lub jak ja niesłuchało :). No i te boskie scenki... Np. porównanie i wspólne granie z kwartetem smyczkowym to wspaniała ucztą dla ucha, a rozpętana wtedy dyskusja, który-szybciej-rozpędza-się-do-setki, bardzo ludzka :)

Moja ocena: 2.3, zdecydowanie polecam, za to że pozwala inaczej spojrzeć na rap.

kinonagranicy: René, Helena Třeštíková

Mieliśmy wstać rano na film o 10, ale jakoś tak nam zeszło i ledwo zdążyliśmy z R na 1230 do teatru na Rene. Film genialny, chociaż widze to dopiero po dwóch tygodniach od jego projekcji. Musiałem chyba go przetrawić czy raczej prześnić, bo nie pamiętam bym rozważał na jego temat na jawie...


Jest to bardzo specyficzny dokument. Przez 20 lat pokazuje wyrywki, dialogi, z życia tytułowego bohatera. Bohatera bardzo orginalnego, który w całości wypełnia 83 minut filmu. Zaczyna się gdy Rene ma lat naście w 1988, kończy po dwudziestu latach, rok temu. Widzimy przez ten czas jego rozwój, starzenie się, historie życia którą tworzy. Pochodzi z rozbitej rodziny. Szybko trafia do poprawczaka, potem więzienie, które jest jego drugim, czy raczej pierwszym domem. Inteligenty, zaczyna pisać, ale jednocześnie cały czas emocjonalnie skrzywiony, recydywista (kradzieże) pełną gębą. Manipuluje ludźmi, nie daje sobie rady z własnym charakterem. Świadomość że to co widzimy to prawdziwa historia potęguje doznania przed ekranem.

Film został nakręcony przez Helene Třeštíkova, która była ministrem kulutry w czeskim rządzie. Zastanawialiśmy się po projekcji, czy Helena miała po prostu szczęście trafiając na początku, w 1988, na tak ciekawą osobość? Wszak kręcenie trwało 20 lat, na początku nie dało się powiedzieć jak historia się rozwinie. Czy może zaczęła równolegle 50 takich projektów, a jeden z nich okazał się strzałem w dziesiątkę? Rozważanie o tyle istotne, że to właśnie Rene definiuje film i tworzy scenariusz. Jak mówią: życie piszę scenariusze. Ten film pokazuje to w całej okazałości. Wystarczyło pozwolić mu biec, a na taśmie udokumentować to co widać. Nie chcę tu umniejszać dzieła reżyserki, pomysł wszak miała genialny, przy tym bardzo czasochłonny i emocjonalnie trudny. Na ekranie widzimy owe ściśnięte do półtorej godziny 20 lat, dodatkowo wpływa to na naszą wyobraźnie i odbiór.

Mi ten film pokazał jak bardzo problemy w dzieciństwie mogą nas ukierunkować. Skazać na problemy i porażkę (?) życiową, której pomimo inteligencji i pomocnych ludzi dookoła nie będziemy w stanie rozwiązać. Film stawia de facto pytanie o wartość rodzicielstwa. No może nie pytanie... Wprost pokazuje efekty wypaczonego dzieciństwa.

Moja ocena: 2.3, polecam ze względu na kliniczny wizerunek aspołeczności i patalogii.

piątek, 1 maja 2009

kinonagranicy: Jeszcze nie wieczór, Jacek Bławut

Zmęczeni depresją po Marcie Meszaros, musielismy naładowac na nowo nasze akumulatory. Cóż zrobi to lepiej niż dwa kufle (na głowę :) zimnego czeskiego piwa, wypitego 10 metrów od serca czeskiego cieszyna (czyt. rynku), podanego przez uroczą czeską holkę oraz okraszonymi narodowym czeskim daniem (w polskiej percepcji rzecz jasna), czyli smazonym serem, z frykałkami i tatarską omastą. Mniam mniam mniam. Aż przykro było kończyć tę ucztę, no ale festiwal wzywa...

Trafiamy na film polski. Nie żeby przypadkowo, ot taki wybór. Znowu teatr, tym razem miejsca w loży na piętrze (czy wspominałem juz o moim tyłku?). Przed projekcją na scene wpada w trampkach Nowicki.... Eeee On jest taki stary??? Zwłaszcza że widzieliśmy go na poprzednim filmie w roli Zdenka, gdzie wyglądał na 20 lat młodziej. Tutaj to już wiekowy dziadzio :) Żwawo się rusza, ubiera i zachowuje o kilkadziesiąt lat młodziej, no ale lata lecą :-) I kto to mówi, hehe ;-) Jak widac odpowiedni retusz, makijaż, światło - czynią cuda. Przynajmniej cuda z kategorii chirurgii estetycznej. Ekranowej rzecz jasna.

Anyway, do rzeczy, czyli filmu. Filmu o ... starości. Rzecz ta bowiem opowiada historie z domu spokojnej starości aktora. Że niby jest gdzieś tam taki przytułek do którego trafiają aktorzy. Teatralni, kinowi, a może o zgrozo i Ci z telenowel. Zmęczeni życiem, starzy, pomarszczeni niczym potrójnie zwinięta wstęga Mobiusa. Wciąż jednak głodni poklasku i adoracji, a tym samym alienujący sie od widzów. Któż bowiem z aktorskim ego chciałby bowiem być oglądany w takim stanie przez swoich fanów. Jak widać grupką się znalazła... Swoją drogą powiedzmy że nie mają żadnej rodziny, chętnej spadku (aktorstwo nie kojarzy mi się z ubóstwem), która się nimi zatroszczy i otoczy normalną rodzinną opieką, miast zesłaniem na obczyzne. Jassssne ;-)

Niby że starość bez sentymentu, piszą na filmwebie o filmie. Bujda na resorach powiadam Wam. Sentyment wali w oczy: że niby starość piekna jest i nie należy się jej bać w dobie kultu młodości. Bohaterami są tutaj ludzie starsi. Starzy wręcz. A teatralność w wielu miejscach wychodzi jednak zza kamery i w efekcie zdecydowanie nie nazwałbym tego obrazem niezafałszowanej starości. Choćby ze względu na aspekt humorystyczny oraz mocno promowany optymizm. Ot zamiast kultu młodości, dostajemy jego sprzeciw i promocje kultu starości. Z deszczu pod rynne... Ze skrajności w skrajność. Jest jednak drobna różnica o której chyba zapomnieli: młoda dupcia jest jednak bardziej apetyczna. Dosadne? Cyniczne? Ależ oczywiście, ale jakże ludzko prawdziwe.

Film jest okraszony masą drobnych gagów. Szczególnie zabawnych dla polskiego widza, zwłaszcza jeśli obeznanego z filmowym światkiem. Należy mu jednak przyznać iż otwiera oczy na starość. Własną, ale i cudzą. I.... pozytywnie do niej nastraja (o zgrozo, zdrada moich ideałów nadchodzi). Nie powala też na kolana ciosem w potylice łoma z podpisem 'film z morałem' za co część i chwała reżyserowi (cisze w więzeniu po sztuce, pomijam milczeniem, odpowiednio do ultra sztucznej reakcji więźniów). Suma sumarum, da się jednak wytrzymać, nawet pośmiać, a i brak moralizatorstwa chwalebny. Może skróciłbym o kilka minut, ale zrzucam to na karb tego że bolała mnie głowa. I dupa (krzesło w loży).

Moja ocena: 2.3, humorystyczny, polecam dla zabawy z twarzami polskiego kina oraz kultem starości.

kinonagranicy: Kisvilma - Az utolsó napló, Márta Mészáros

Po Drużniku zostaliśmy dalej w teatrze by obejrzeć coś co wg opisu zapowiadało się na ładne zdjęcia z gór. Tak więc krzesełka w teatrze dalej gniotły nas w tyłki :) tym razem na blisko 9 letniej już koprodukcji przy polskim udziale.

Film opowiada historie na krańcu świata: w odległej Kirgizji, czy może kirgistanie? Końcówka lat 30, w zabitym dechami krańcu Rosji, gdzie jak powiedzieli, dalej to już tylko Chiny. Z kilku miejsc w Europie przybywa tam grupka ludzi, emigrantów chcących zbudować nowe życie i nowy ład na bazie komunistycznych idei, wolności i równości. Niestety budzący się totalitarny potwór Stalinowskiej Rosji krzyżuje te plany. Widzimy przez pryzmat Małej Vilmy, tytułowej bohaterki, jak radość i beztroska zmienia się w zdziwienie, zwątpienie, strach, przerażenie i niestety w wielu miejscach zagłade. Stalinowski walec przejeżdża bez litości przez, niestety należy powiedzieć, naiwnych idealistów z Europy.

Całość pokazana z perspektywy dziecka, pozbawionego dzieciństwa, ze zbyt wcześnie postawionymi problemami, smutkiem i katastrofą. Mała vilma w ogóle świetnie gra. Pełna kopia swojej Matki - niezłe aktorstwo jak na taki wiek. Film jest mocno emcjonalny i nie trzeba być Polakiem czy Węgrem by to czuć. Jest sporo wyciskających łez z oczu scen. Stopniowe dozowanie cierpienia mocno przestawia widza w stan wzruszenia i smutku. Jeśli ktoś lubi się rozczulać, albo oglądac tzw. wyciskające łzy z oczu sceny: na pewno znajdzie tu coś dla siebie.

Niestety gra aktorska pozostawia dużo do życzenia. Zwłaszcza role hiszpan w polskim wydaniu... feeee. Tego się nie kupuje... Jednak przymykając na to oko, skupiając się na scenariuszu oraz na przepięknych widokach, można filmem się cieszyć. I to pomimo jego ponurego wydźwięku. Dla mnie krajobrazy były miodzio. A ile tam było (i jest na pewno nadal!!!) miejsc do latania, no po prostu dziewczy raj dla paralotniarstwa ;-)

Moja ocena: 2.3 - z dużym ładunkiem emocji oraz ładnymi zdjęciami, polecam.

sobota, 25 kwietnia 2009

offpluscamera: The Messenger, Oren Moverman

Na skałach zostaliśmy dzisiaj troche dłużej, ucząc się na koniec z Kasią zakładania stanowisk na drogach wielowyciągowych, które będziemy w praktyce wykorzystywali jutro. Tym samym na festiwal doczłapałem się dopiero na film o 19ej, gdzie miałem spory dylemat co wybrać. Rzutem na taśme dotarłem tuż przed 7mą do Sztuki na konkursowy The Messenger.

Śmiało mogę powiedzieć, że film jest naprawdę niezły. Trochę odstaje jednocześnie od reszty filmów festiwalowych. Moim niewprawnym okiem widać w nim solidne amerykańskie rzemiosło filmowe rodem z Hollywood. Bardzo ciekawa i nietuzinkowa historia (o tym za chwilę), solidnie przygotowany scenariusz, bardzo sprawne zdjęcia i przyzwoity poziom aktorski to niewątpliwe zalety tego filmu. Mimo poważnej tematyki rzekłbym że jest aż cukierkowo idealny. Dwa osobne papierki, słodki smak i przystępna cena. Daleki byłbym jednak od nazwania tego filmu czymś co powinno stanowić sedno festiwalu niezależnego. Ten film ma spore szanse zarobić w dystrybucji, co sądzę że będzie miało miejsce także i na polskim rynku.

W warstwie fabularnej, film opowiada kilkanaście epizodów z pracy dwuosobowego, męskiego zespołu armii amerykańskiej, którego zadaniem jest powiadamianie amerykańskich rodzin o śmierci ich bliskich (tu wojna w iraku czy też afganistanie). Oczywiście amerykański patos, trochę trąci, ale nawet jeśli w pierwszym momencie miałem wątpliwości czy film wyciśnie ze mnie troche emocji, to muszę przyznać że kupuję się to. I te cudze cierpienia doświadczane przez pryzmat ekranu naprawdę bolą. W takich chwilach myślę czy to nie dlatego oglądamy takie filmy by móc potem docenić własne życie. Anyway praca takiego zespołu, która najpierw jawi się jako całkiem proste zadanie, okazuje się być bardzo trudnym i emocjonalnie ciężkim doświadczeniem. Bezsilność i namacalny ból osób które dowiadują się o śmierci swoich najbliższych jest ostrą wyżymaczką i testerem charakteru.

Niestety film w wielu miejscach chce być nadmiernie poprawny i zaliczyć wszystkie elementy z podręcznika 'jak-napisać-dobry-scenariusz'. Mamy więc konflikt charakterów, spaprane życie, patriotyzm, bójkę, nieodłączne gagi by rozruszać przepone widza oraz emocjonalnie silny temat. Efekt jest jednak jak duże zielone jabłko z supermarketu. Genetycznie wyhodowane tak by było idealne, ładne, świecące i o jednolitym kolorze pożądanym przez konsumenta. Ja osobiście wolałbym troche brudu i niedoskonałości w warsztacie. Brakło mi takiej filmowej szorstkości.

Moja ocena: 2.3 - pomimo tych wszystkich wad, film można śmiało polecić - ostrzegam, jednak że jest smutny (brać chusteczki!)

środa, 22 kwietnia 2009

offpluscamera: Unmade Beds, Alexis Dos Santos

Lekko już śnięty (Latte nie pomogło) zmykam do Reduty na ostatni środowy seans. Zrezygnowałem dzisiaj z sekcji by obejrzeć te kilka filmów. Wyrzeczenie w jakie sam nie moge uwierzyć ;) ale skoro obiecałem sobie przeprosić się z kinem, a także wiem że od piątku będę każdego dnia rankiem opalał plecy wisząc na skałach w Jurze, wybór był prostszy.


I była to bardzo dobra decyzja, bo Unmade Beds, to jedna z lepszych pozycji na festiwalu. Kino miejskie, dialogowe, egzystencjane o poszukiwaniu bliskości z innymi, a także samego siebie. Bardzo fajna muzyka, sporo świetnych pomysłów sytuacyjnych i niezłe zdjęcia to atuty tego filmu. Historia miejscami może razić sztampowościa, no i zakończenie takie jakieś hollywoodzkie, ale zasadniczo film ogląda się bardzo miło. Uczucia i emocje na pierwszym planie. Ot typowe kino o ludziach z jednej strony normalnych, ale z drugiej mających w życiu tę odrobinę szaleństwa, której sami im zazdrościmy. Zwłaszcza że to oni sami ją tworzą.

Całość filmu przeplatają dwe historie dzięjące się w Londynie. Młodego Hiszpana który przybył tu by szukać swojego ojca, oraz młodej Belgijki szukającej na nowo sensu miłości po porażce. Osadzone w młodzieżowym środowisku ludzi młodych z dala od rodzin, często samotnych, imprezujących maksymalnie - alternatywnie - codziennie. Życie na squacie pokazane jako barwna przygoda, wywołuje chęć ucieczki z naszych codziennych kajdanów pracy i rodzin. W dużej mierze jest to jednak obraz cukierkowy i warto o tym pamiętąć zanim wykrzyczy się szefowi w twarz by poszedł ciągnąć ... a my z biletem polecimy na drugi koniec świata.

Moja ocena: 2.3 - polecam bo kupiłem całą historię a i bohaterów polubiłem.

niedziela, 19 kwietnia 2009

offpluscamera: Medicine for Melancholy, Barry Jenkins

Przedostatni seans w niedziele o 19:00 w Reducie, na który dotarłem minute przed startem tylko dlatego, że R odesłała mnie z przystanku zanim przyjechał jej tramwaj. Z brzuchem pełnym greenway'owych specjałów zwaliłem się więc na wygodny fotel i doprawdy brakowało mi tylko kieliszka czegoś zimnego by mile rozpocząć seans. Swoją drogą greenway wciąż prosperuje, a ostatni raz byłem tam przecież jeszcze z Bojanką w 2002?


Medicine for Melancholy zapowiadał się trochę romantycznie. Tytułem i opisem z festiwalowego skrótowca. Że niby para budzi się rano w obcym mieszkaniu, nie znając siebie, po zapewne upojnej nocy, a następnie po porannej toalecie wychodzi razem. Kolejne 24h mają pokazać czy można być razem po takiej przygodzie. Jak się poznać? O czym rozmawiać? Kogo zostawić, a z kim być. Tak pisany scenariusz może wydawać się mocno oklepany, ale zapewniam Was, że ten film nie jest sztampowy i warto zapoznać się z wizją reżysera.

Który, kilka dni później, osobiście w Pauzie opowiedział mi m.in., ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu, że film powstał przy budżecie 15k USD w ciągu kilku tygodni z kilkoma aktorami oraz San Francisco w tle (element miejski jest tu baaardzo istotny). Po prostu szok. Przy takich kwotach i takim filmie, odpaliłem, to ja z przyjemnością zostanę producentem! Dostałem więc wizytówkę od Barryego - choć sądzę iż po takim debiucie nie będzie miał żadnych problemów ze zdobyciem dużo większych funduszy na swoje kolejne filmy. Obraz jest bardzo dojrzały i na prawde nie widać debiutanckiego podejścia (no przynajmniej ja nie widziałem). Historia zaś jest tak prawdziwa, że aż nie do uwierzenia, ale tutaj moje podejrzenia Barry rozwiał przyznając iż rzeczywiście pisało ją życie. W każdym razie śliczna historia. Ciepła i na pewo nie przygnębiająca. Zdjęcia są zreszta równie śliczne. Miejscami czarno-białe, miejscami sepia, rzadki kolor. Miodzio dosłownie i w przenośni.

Moja ocena: 2.3, a może nawet i 3? - naprawdę polecam i reżysera będę śledził. Odkrycie festiwalu.

offpluscamera: Shultes, Bakur Bakuradze

Planowałem wstać trochę wcześniej i zdążyć na film na 10tą, ale wczorajsze nocne imprezowanie troche mnie jednak zmęczyło i dowlokłem się pod Barany dopiero na 13stą, budząc się dużym latte.

Film wybrałem na zasadzie: coś z konkursu, nie wiem co to, ani o czym. Tytuł nic mi nie mówi, opisu nie czytałem. Jak się okazało dostarczyło mi to mase zabawy i wrażeń podczas projekcji. Styl filmu, przywodzi na myśl obrazy Kieślowskiego. Mała ilość dialogów, sporadyczna muzyka, spokojne, hipnotyczne ujęcia. Nie jest to jednak film nudny, albo pozwalający na sen. Zdecydowanie oglądałem go z zapartym tchem. Pomimo minimalistycznego przekazu, jest bardzo ciekawy w warstwie fabularnej, która nawet przy tak małej ilości środków artystycznych jest bardzo sprawnie rysowana.

Historia opowiada kilka tygodni z życia młodego mężczyzny. Drobnego przestępcy, parającego się fachem "kieszonkowym". Tytułowy Shultes stanowi jednak dla nas zagadke. Seria kolejnych scen, kradzieży, interakcji z bliskimi buduje w naszej głowie pytanie: gdzie jest rozwiązanie tej zagadki. Bohater z jednej strony tak jednoznacznie oczywisty, ma jakąś lukę - nie potrafimy do końca dopasować motywów jego postępowania. Jednocześnie nie jest to zagadka nachalna, z gatunku kryminalnych, gdzie wiemy że celem fabuły jest jej rozwiązanie. Tutaj obok dylematów i problemów adresowanych przez film zagadka stanowi niejako dodatkową atrakcję - rodzynek który dostanie widz (pod warunkiem że nie zna fabuły przed filmem: do czego gorąco zachęcam!)

Mi ten film podobał się dlatego że bardzo mocno dotykał kwestii czasu w życiu człowieka. Kwestii wspomnień i odpowiedzi na ile są one dla nas istotne. Na ile nasza przeszłość nas określa, a na ile jest ona nam potrzebna. A może wręcz zbędna. Film dostarcza bardzo ciekawych argumentów w tej dyskusji i dlatego sądzę że każdemu kto lubi zastanawiać się nad istotą czasu w naszym życiu bardzo się spodoba. Dodatkowym smaczkiem był aspekt relacji między ludzkich i ich znaczenia w kontekście czasu. Nie moge tu za wiele napisać nie psując zabawy, ale mogę śmiało powiedzieć że aspekt komunikacji i relacji między ludzkich jest tutaj mocno poruszony i to w sposób naprawdę ciekawy, a miejscami można chyba nawet powiedzieć że odkrywczy. Przynajmniej dla mnie.

Moja ocena: 2.3 - zdecydowanie polecam, warto obejrzeć - jak na debiut jest to mocny strzał!

sobota, 18 kwietnia 2009

offpluscamera: Johnny Mad Dog, Sean Stephane Sauvaire

Film otwarcia festiwalu, na który przyszło nam czekać prawie do 23. Mimo, iż sporo osób uciekło po Nigelu, sądzę, że sporo stracili. Czekać bowiem zdecydowanie było warto. Przed projekcją, kilka minut o filmie opowiadał reżyser. Dowiedziałem się np. iż cześć aktorów (dzieci) które grała w filmie, były to osoby które bezpośrednio brały udział w zdarzeniach przedstawionych na ekranie. Obraz przedstawia bowiem nie zdefiniowane państwo w Afryce, podczas krwawej wojny, gdzie z karabinami biegają dzieci. Biegają, strzelają, zabijają. A potem, kilka lat później, kręci się z nimi film o tym samym. Jak powiedział reżyser dużym wyzwaniem było wytłumaczenie im wtedy różnicy między filmową fikcją i rzeczywistością... Spooky...


Kanwą dla scenariusza były rzeczywiste sytuacje które miały miejsce w Liberii, w czasie kilkunastoletniej wojny. Młodociane oddziały (jak napisali, średnia wieku: 10 lat) stanowiły jeden z głównych elementów sił zbrojnych. Maksymalna przemoc i okrócieństwo. Całkowity brak zrozumienia celu wojny przez dzieci które je prowadzą pod dyktandą dorosłych. Niesamowity kontrast śmierci i zabawek które to oba elementy cały czas towarzyszą młodocianym żołnierzom.


Reżyser przedstawił historie (zaczerpnięta z książki Emmanuela Dongali) kilkunastoosobwego oddziału dzieci, który przemierza kraj, walcząc i ginąc po drodze. Oczywiście nie brak wstawek umoralniających i przesłania (zwłaszcza w zakończeniu). Zdjęcia, zwłaszcza dla nas europejczyków, przez fakt iż pokazują Afrykę, są wartością samą w sobie. Film nie epatuje bezpośrednio przemocą. Krew nie leje się strumieniami, chociaż śmierć jest wszechobecna. Patrzysz na to i doceniasz świat w którym żyjesz... Jak dla mnie film wpisuje się w nurt: gdzieś-tam-na-świecie-jest-strasznie - ciesz się więc z tego co masz...


Moja ocena: 2.3 - polecam, zwłaszcza nam, społeczeństwu już zepsutym ustawicznym konsumpcjonizmem.

czwartek, 29 maja 2008

Scenes of a Sexual Nature - Ed Blum

Miły spacer po zajęciach z chińskiego prosto w objęcia foteli krakowskiej Reduty. Po drodze zdążyłem porwać na film Karolinę.

Na Burzę Hormonów (polski tytuł) szedłem z pewnym wahaniem. Obawiałem się jakieś przesłodzonej komedyjki brytyjskiej, a w najlepszym przypadku kolejnej wariacji na temat wesel i pogrzebu... Zwłaszcza że nazwisko McGregora nie szło w parze z określeniem 'niskobudżetowy' który możecie zobaczyć na wielu portalach piszących o tym filmie.

Na całę szczęście pozytywnie się rozczarowałem :) Chociaż po seansie mieliśmy zażartą dyskusje, czy wydźwięk filmu był dobry czy też smutny (o tym jeszcze za chwilę), zdecydowanie jest to dobre kino europejskie. Kilka (6?) historii opowiadanych równolegle, o całkiem obcych parach które na dodatek w ogóle się nie spotykają, a ich historie nie łączą bezpośrednio. Eeee, to czemu jeden film, a nie kilka krótkometrażowych? Ano dlatego że temat każdego z szortów jest taki sam: związki (te bliższe :) między ludźmi oraz ich dynamika pokazana w obliczu różnych okoliczności. Brzmi jak temat na dysertacje z socjologii, ale zapewniam że tematy są w rzeczywistości w miare lekkie (khm khm :) oraz co najważniejsze dobrze dobrane.

Mamy więc okazje poznać brytyjskie pary, młodsze i starsze, spotykajce się i rozstające w kilku różnych sytuacjach. Takich, które pozwalają nam na lepsze poznanie ich uczestników. Innymi słowy taka dynamika związku w pigułce (bynajmniej nie błękitnej z literką V - nie napisze nazwy bo mnie spamfiltr wytnie ;). Jako że staram się w moich MMRach nie pisać o fabule, także tym razem nie zdradzę wprost jaki wspólny element występuję. Przejdę do wydźwięku filmu: dla mnie pozytywny. Pozytywny dlatego że pokazuje czego unikać, pokazuje też że emocje i miłość nie zawsze są najważniejsze i kierują nami najsilniej - czasami racjonalizm wygrywa. Film zadaje pytanie czy słusznie - czy potem co się dzieje, to nie jest efekt smutku, porażki i pogodzenia się z losem. Negatywne przykłady mogą skłaniać w taką stronę myślenia, ale dla mnie to raczej tylko coś na kształt ostrzeżenia: tego nie rób, a będzie ok. Poza tym, to raptem kilka par tylko... A co z tymi którym się udało. Gdzieś tam są :)

Moja ocena: 2.3 - dobre europejskie kino obyczajowe z większą szczyptą romantyzmu (czarnego).

P.S. Poprawność polityczna oczywiście odfajkowana, czyli kilka ras, oraz geje zaliczeni - to już się robi nudne, bo niezgodne ze statystyką.

środa, 28 maja 2008

Sukiyaki Western Django - Takashi Miike

VII Filmostradę rozpocząłem w ostatni weekend od japońskiego udrzerzenia z samym Tarantino w jednej z ról.

Krakowski Aneks, późny majowy wieczór :)


Smakowita sztuka mięsa - ostrzegam że jednak nie każdemu podejdzie na ząb. Mimo iż zdecydowanie polecam, to mam świadomość że ta pozycja niekoniecznie wzbudzi podziw. Jest to przede wszystkim 'zasługą' ;) fabuły filmu, która tutaj choć ważna, nie jest głównym elementem obrazu. To bowiem co stanowiło 'mięso' tej pozycji to zabawa z widzem i kpienie z konwencji. Przede wszystkim z spaghetti westernu, popularnego stylu filmowego w latach 60/70 który dla wielu widzów stał się potem przedmiotem kultu (nie mylić z Cthulhu ;) Zaczerpnięte liczne motywy pozwoliły ekipie na wykreowanie sporej ilości komicznych scen, lub przynajmniej zaserwowanie widzowi zadowolenia z odkrywanych przez niego nawiązań. Oczywiście (wiszą bo to film japoński) drugim głównym nurtem w którym reżyser puszcza do nas oko, jest anime. Przerysowanie pewnych scen (umieranie w błocie - mniam :) czy nawiązanie do Akiry naprawde pozwala przetrenować naszą przeponę - pod warunkiem że kojarzymy anime chociaż trochę...

Miejsc w którym miałem okazje szczerze się pośmiać (razem z całym kinem, nie żebym przeszkadzał ;) było naprawde wiele. Np scena z krzyżem i zombie szeryfa powalała - chociaż liczyłem w niej jeszcze na kwestie rodzaju: "braiiiiiiinzzzzz" :)

Odniesień, supełków, nawiązań, nawijań, przewijań jest mnóstwo. Nawet Matrix oberwał. Innymi słowy, zabawa w postmodernizm? W jakimś stopniu na pewno. Dla mnie był więc to przede wszystkim świetny humorystycznie film, z malowniczymi zdjęciami, fajną fabułą (a jednak :) pozwalający zobaczyć przez swoje przerysowanie, dlaczego standardowe kino wpisane w ramki konwencji jest nuuudne aż do bólu. No ale dzięki niemu mogą powstać takie perełki jak to.

Moja ocena: 2.3, polecam za zabawe konwencją i świetne zdjęcia.

niedziela, 30 marca 2008

Metoda - Marcelo Pineyro

Diametralnie odmienna (po dotychczasowych czesko-bałkańskich doświadczeniach) pozycja z Hiszpanii. Inne klimaty. Psychologiczno, obyczajowo, dramatyczno-romantyczne.

Przede wszystkim jest to film teatralny (zaryzykowalbym stwierdzenie ze byl wystawiany, lub bedzie, na deskach teatru). Cala historia dzieje się w jednym biurze: dwa pokoje, toalety (całkiem istotne jak sie potem okazuje), jedna sytuacja, szesc (około :) osób i prawie dwie godziny zabawy. Dla widza bardzo dobrej, dla bohaterow zdecydowanie mniej. Temat zabawy jest prosty:

Uwaga, teraz zdradze pierwsze 15 minut filmu, aczkolwiek podaja to we wszystkich recenzjach wiec chyba nikomu nic sie nie stanie... Jeśli jednak ktoś rezygnuje, niech dalej nie czyta, film polecam.


Organizatorzy imprezy 'zamkneli' wszystkich uczestnikow na jeden dzień, w siedzibie swojej firmy. Zamknieci siedza razem w owym pokoju (i toaletach :) i po kolei rozwiazuja dostarczane im zadania. Cel calej 'zabawy' jest prosty: Na koniec ma zostac z grupy tylko jedna osoba zas sam proces elimacji ma byc realizowany samodzielnie przez grupe: co kazde zadanie, jedna z wybranych demokratycznie ;) osob odpada. Kto zostanie na sam koniec, dostaje prace w firmie ktora zorganizowala calosc. Gdyz to co widzimy to po prostu ostatni etap procesu rekrutacyjnego do owej firmy. Tytulowa METODA, to wlasnie metoda realizacji ostatniego kroku rekrutacji. Smaczku dodaje faktu ze uczestnicy nie aplikuja na zwykła posade, ale raczej na stanowisko stopnia kierowniczego, więc 'bawia sie ze soba' osoby juz z doświadczeniem, w garniturach i troche bardziej obyte w 'grach spolecznych'. Oczywiście zrezygnować można w dowolnym momencie, no ale kto zrezygnuje z ciekawej pracy już na samym końcu żmudnego procesu?

Ciekawe studium charakterów. Oczywiście przez pół filmu zaprząta nam głowę myśl: Co ja sam(a) zrobił(a) bym w takiej sytuacji? Czy najpierw kooperowała z grupą? czy potem liczy się bezwględność? A co na końcu gdy zostają już tylko dwie osoby? To duży plus tego filmu.

Miejscami nie był dla mnie jasny, ale zastanawiałem się czy to specyfika kina hiszpańskiego, czy może pory o której go oglądałem - tu bowiem jeden sekret, który zdradzę później :-)

Moja ocena: 2.3 - polecam za ciekawy scenariusz i analize ludzkiej psychiki w sytuacjach konfliktowych.

niedziela, 29 lipca 2007

ENH: Fay Grim, Hal Hartley

15.45 w Heliosie, po zaliczonym pierwszy raz przeze mnie ponad godzinnym czekaniu na Hartleya w kolejce na krzesełkach :) Dzięki temu do sali wszedłem jako 37 (a na starcie kolejka miała 10 osób, ale wiadomo, rodzina królika. Niestety bateria w notebooku była już dead, więc zamiast pracy, skupiłem się na lekturze katalogu festiwalowego, zgłębiając Felliniego :)

Film był naprawdę świetny. To juz nowy Hartley (2006), trochę bardziej współczesny niz pozycje z lat 90ych co widać zwłaszcza w warstwie dialogowej. Nie traci jednak nic a nic. Zwłaszcza że wykonanie scenariusza jest jakby lepsze. Ta pozycja stanowi silne nawiązanie do Henry Fool, którego niestety nie widziałem więc sporej ilości gagów musiałem się domyslać. Zasadniczo film stanowi inteligetną parodie nowoczesnych filmów akcji zorientowanych na szpiegów i ratowanie świata. Wyśmiewanie konwencji widać dosłownie w każdej wymianie zdań i jest to zrobione naprawde zabawnie. Co lepiej, nie pozbawia to filmu w ogóle napięcia - które towarzyszy widzowi przez cały czas, tak że do końca czeka się na rozwiązanie całości. Świetna gra aktorska Parker i ekipy to kolejny plus.

Moja ocena: 2.3 za świetną parodie i thriller szpiegowski w jednym!

ENH: London to Brighton, Paul Andrew Williams

13.15 w Heliosie, a przed przygotowania do oferty największej Gazety w pl :) ech ten festiwal mocno zawodowo mi upłynął, nie powiem żebym specjalnie wypoczął :(


Film całkiem znośny, 'wyłączający zegarek' jak mawia jedna znajoma. Przedstawia historie prostytutki i jej młodej (12 lat) nowo poznanej znajomej, z którą uciekają z Londynu przed gangsterami. Historia cały czas trzyma w napięciu, a co więcej jest to film z gatunku grających na emocjach... i to mocno. Nie są przedstawione wprost szokujące sceny - tu reżyser dał pole naszej fantazji, wyciemniając co drastyczniejsze momenty, lub przenosząc kamerę na inną osobę. Niemniej jednak to tylko chyba potęguje grozę - bynajmniej nie tę z horroru, ale tę związaną z bólem, cierpieniem, wstydem za gatunek ludzki. Wyciska łzy bezsilnej wściekłości.

Niestety momentami czuje się że to film (może te pochlipywania obok przywracały mnie do rzeczywistości) i to nie pozwala emocjom w pełni się rozwinąć, ale i tak z seansu człowiek wychodzi rozbity ponurą wizją filmu.

Moja ocena: 2.2, wyżymaczka emocji.

ENH: The Girl From Monday, Hal Hartley

9.45 w Heliosie, z pobudką o 830 :) Jak się okazało raczej niepotrzebną, gdyż sala pomimo iz to Hartlej była pełna w zaledwie 90% (na oko).

Film całkiem współczesny (macbook pro na ekranie :) datowany na 2004, chyba jedyny film z gatunku Science Fiction w dorobku tego reżysera. Porusza w ciekawy sposób kwestie konsumpcjonizmu i totalitaryzmu ukazując wzmocnione do maksimum i przejaskrawione zasady obecnego świata. To co teraz jest ok, pomnożone razy 100 stanowi wspaniałą pożywkę do przemyślenia czy tam gdzie zmierzamy to tam gdzie chcemy dojść.

W warstwie fabularnej, zgrabnie poprowadzona historia ludzi walczących z systemem, z większymi i mniejszymi sukcesami. Oczywiście Hartleyowska gra aktorów sprawia że film ten jest specyficzny jak i inne - troche jednak odchodzi, IMHO od wczesnych dokonań artysty - nie jest to jednak wada.

Otwiera oczy na wiele kwestii dotyczących konsumpcyjnego stylu życiua i wolności jednostki, dlatego...

Moja ocena: 2.3, polecam każdemu hedoniście :)

piątek, 27 lipca 2007

ENH: The Boss of It All, Lars von Trier

16.00 w Warszawie która jak zawsze ma na nogi miejsca tyle co fotelik dla 5 letniego dziecka... Tuż przed filmem kilka nerwowych ruchów na WGPW - korekta nie licha, na razie obserwujemy, obyśmy nie płakali.

Zdecydowanie najlepsza komedia na całym festiwalu - co śmiało pisze mimo iż jeszcze 2 dni przede mną. Oczywiście komedia trochę bardziej wysmakowana niż Rodzina Bundich czy inne potworki Polsatu. W prostej scenerii (choć trochę bardziej rozwiniętej niż Manderley :) von Trier buduje zgrabnie ciekawą historie co stanie się jeśli zamiast szefa firmy, zostanie zatrudniony aktor, gdyż właściwy szef (jeden z pracowników) nie chce by o nim wiedziano (głównie z powodu niechęci do podpisywania się pod trudnymi decyzjami). Masa zabawnych sytuacji, rzadko absurdalnych (co w komedii jest IMHO plusem), pozwala naprawdę dobrze bawić się przez 99 minut.

Moja ocena: 2.3 zdecydowanie polecam za świetne dialogi.

środa, 25 lipca 2007

ENH: Exiled, Johnnie To

13.00 w Capitolu,
dyskusja z Agatą przełożona na później, więc przed seansem drobna sesyjka w supermemo na 100 słówek.

Mniam, sprawdzone w boju kino akcji z Hong Kongu - jednak kto nie zna tego gatunku, niech nie reguluje odbiorników - to kino to nie jest to co zwykle pod hasłem akcja serwuje nam TVP czy Polsat. Tutaj mamy dobry scenariusz, świetnie choreograficznie sceny walki, sporo śmiechu z konwencji filmowej, wyraziste postacie i co dla mnie osobiście najważniejsze - w tych momentach gdy w zachodnich filmach patos powala Cię na kolana, kino z dalekiego wschodu serwuje Ci potężną dawke zabawy kpiąc same z siebie - brak misji zbawienia świata, a zamiast tego mariaż komedii z kinem akcji to coś co lubię w tej odmianie kinomatografii. Oczywiście wielbicieli kina snujów raczej ta pozycja nie zachwyci.

Moja ocena: 2.3, polecam i sam lubie!

ENH: Flirt, Hartley

9.45 w Heliosie,
o dziwo kolejka była tylko na 100 osób więc sala nr 9 pomieściła większość z nas (jak ja wchodziłem było jeszcze 60 miejsc wolnych, a 100 zajetych :).

Tym samym udało mi się wejść na pierwszy film Hartleya na tym festiwalu. Zdecydowanie chciałem to zrobić by zweryfikować te horrendalne kolejki na jego filmy. Musze przyznać ze biorąc pod uwagę młodą publikę festiwalową są one uzasadnione. Scenariusz Flirtu trafiać będzie w jej gusta, zarówno ze względu na tematykę, jak również zjadliwą formę.
Film przedstawiał trzy razy, tę samą (no powiedzmy ;) historie w różnych otoczeniach i z drobnymi zmianami (nie mającymi wpływu na główny dramatyczny wątek). Co ciekawe, w którymś momencie sami bohaterowie wypowiadają zdanie, że celem filmu jest dla reżysera zweryfikowanie czy otoczenie wpływa na opowieść i zmienia ją, czy tez zostania ona taka sama. Historie opowiadają o miłości w trójkącie, co ciekawe, zarówno w wersji homo jak i heteroseksulanej, w Nowym Jorku, Berlinie i Tokio. Troche przyjemnego strawnego humoru, brak dłużyzn, dobry scenariusz, to niewątpliwe atuty filmu. Historia mimo iz podobna nie nudzi, składania do refleksji.

Moja ocena: 2.3, polecam młodym ludziom.