Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bzdety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bzdety. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2009

paralotnie: Rumunia, okulary, czyli na co przydaje się GPS

Wylądowałem w poprzednim poście z wiatrem, cały i zdrowy. Troszeczkę głupi i odrobinę wystraszony :-) Spakowałem skrzydełko w kalafiora i zasuwam do góry. A ze słoneczko daje solidnie w dupe, ja jestem ubrany na ninje, a i sprzęcik troche waży (20kg ze wszystkim) po stu metrach drałowania pod góre jestem już solidnie zmeczony. Chwila przerwy na poprawienie ciuchów.


Spostrzegam na przystanku, że nie mam swoich okularów przeciwsłonecznych. Jedna kieszeń. Druga kieszeń? No tak... tuż po wylądowaniu zdjąłem kask i przyczepiałem je do uprzęży... Musiałem je zgubić wtedy lub ewentualnie po drodzę. Zostawiam więc wszystko na ziemi i powoli wracam do miejsca lądowania. Czy też raczej do miejsca, w którym wydaje mi się, że kilka minut temu lądowałem. Po drodze uważnie rozglądam sie dookoła. Nic. Wracam do góry idąc 10m z lewej. Dalej nic, idę w dół 10m z drugiej strony. Dalej nic. Patrzę w promieniu 30m dookoła prawdopodbnego miejsca lądowania. Jak nie było tak nie ma. W tym momencie zaczynam już wątpić w swoją pamięć. Czy na pewno wylądowałem tutaj? A moze kawałek dalej? Trawa wysoka, okulary małe. FUCK. 500zl do piachu.

W tym momencie podpowiedź przez radio z góry: Szukasz czegoś? A miałeś włączonego GPS? EUREKA. No tak, tuż po wylądowaniu wyłączałem go. Tym samym mogę sprawdzić dokładnie gdzie wylądowałem. Odpalam moją zabawkę i zasuwam jak po sznurku do tego miejsca. Rzeczywiście jest kilkanaście metrów od miejsca w którym mi sie wydawało ze przyziemiłem. Zmysł przestrzenny jak nie przymierzając kobieta podczas PMS (khy khy :) Szukam ale ..... dalej nie ma. OK, w takim razie musiały mi wypaść po drodze od lądowania do miejsca gdzie teraz leży mój pomarańczowy kalafior. Ide więc jak po sznurku z GPS w łapce, pewny że musze się na nie natknąć. Eeee, dalej nie ma? WTF nie ma szans. Leciałem na pewno w okularach. Na pewno je zdjąłem tuż po wylądowaniu. Na pewno nie mam ich też na nosie :-) GPS nie kłamie. Wnioski Watsonie? Musiały wpaść do skrzydła podczas zwijania go w kalafior. Rozkładam skrzydło, a tam w jednej komorze grzecznie czekają na mnie moje okularki :-)


Gdyby nie GPS, szwendałbym sie po tej łące jak pies pasterski pewnie do rana. Tak, miałem pewność, że dokładnie ją sprawdziłem i mogłem skupić się na szukaniu innej przyczyny: tu skrzydła. Swoją droga to już druga rzecz którą gubię w ten sposób. W Maroku, do jednej z komór wpadł mi IPOD przy pakowaniu :-)

Tak sobie jeszcze teraz myśle, zbaczając troche z lotniczych tematów, ze coraz więcej naszych elektronicznych zabawek, czy nawet odzieży posiada różnego rodzaju elektronikę. Czy trudno sobie wyobrazić niedaleką przyszłość, gdzie każda nasza rzecz ma element RFID pozwalający na unikalna (w skali globu) identyfikację co to jest, a dokładniej nawet jaki to konkretny egzemplarz (np. że mój). Już teraz większość sprzedawanych przedmiotów ma RFID po to by nie dalo sie ich ukraść ze sklepu czy by szybciej dokonać sprzedaży przy kasie. Pomyślmy wiec nad wizją przyszłości... Mamy wszystko co posiadamy przy sobie (i na sobie) wyposażone w RFID. Dodatkowo, nasz powiedzmy naszyjnik, poza pochodzeniem z topowego francuskiego domu mody, jest wyposażony w GPS oraz stale kontroluje obecność wszystkich naszych cennych fantów (łącznie z odróżnieniem skarpetki lewej i prawej, wszak skarpetki też śledzimy, prawda? ;-). W międzyczasie na mikrodysku zapisuje każdy nasz ruch w przestrzeni (GPS), czy to do kibelka, czy do kochanki, tak że zgubiony parasol bez problemu odnajdzie wspominając np. że ostatnio widział go 30 minut temu na rogu Jana i Tomasza gdy wysiadałem z taxowki. Lepiej, zacznie piszczeć w chwili gdy oddalę się od parasola ponad 10m... Daję tej wizji 10 lat.

czwartek, 4 czerwca 2009

paralotnie: Rumunia, preliminary

YEAAAH, już jutro zmykam w dzikie Karpaty. Siedliszcze legend o Vladzie Palowniku. Miejsce niezliczonych połonin, rozległych lądowisk i wspaniałej wiosennej termiki. Dwa samochody, 3 namioty, 9 osób, 10 dni i kilkaset kilo bagaży (średnio prawie 30kg na osobę). Tym razem przezornie do plecaka wkładam tylko jedną książkę. I nie będzie to chiński :-) Padło na Erica Berne "Dzień dobry i co dalej?". Oczywiście z elementów niesportowych w moim podręcznym bagażu spocznie mój nieodłączny macbook. Sądzę że bestia wystawi z niego swoje aluminiowe oczka nie raz, wszak jeśli złapie sieć będę chciał pisać tutaj relacje z kolejnych dni.

Jak tam będzie? Oprócz tego że zajebiście, to nie wiem :-) Google images, na hasło romania paragliding zaserwowało mi takie oto zdjęcie.


W każdym razie, do całej masy elektroniki jaką Wasz Miejski Zwierz taska ze sobą w dzicz, biorę ze sobą inne nowe cacko. Zaledwie dwu centymetrowy najnowszy Nikon Coolpix, którego 12megapixeli wspomagane stabilizacją obrazu, pozwoli mi niezależnie od turbulencji w powietrzu uwiecznić z góry wszystko co zechcę. Wszystko co warte zobaczenia. Możliwe do sfotografowania. Godne wklejenia. Bezpieczne do uwiecznienia.

Nie da się bowiem ukrywać iż celem wyprawy jest latanie. Nie mogę się doczekać aż moje nowiutkie dwudziesto trzy metrowe pomarańczowe skrzydło o 65 komorach i wydłużeniu 5,8 będzie poznawało wraz ze mną uroki rumuńskich karpat i rumuńskiego powietrza. Mam nadzieje iż zasmakujemy zarówno solidnej termiki, a i liczę na stabilny żagiel wykorzystać który chcę do ćwiczeń wingoverów i spirali. Obecność Gotka pozwala też oczekiwać iż uda się zrobić jakies micro cross-country w wydaniu rumuńskim, czyli przeloty na odległość. Mniam mniam

Jedyny negatywny element wyjazdu to brak wspinania przez tak długi czas :-( Wróciłem właśnie z nocnej imprezy z Filutka (i Piasta), którą zakończyliśmy dzisiejszą sekcje wspinaczkową i o ile za nic mam jutrzejszy pociąg do Wawy i pobudkę o przed 6am (jestem solidnie przygotowany na jutrzejsze 5h warsztaty u klienta), o tyle wyjazd do Rumunii ma jednak te smutną właściwość że przez bite 10 dni nie będę się wspinał. Taaa, wiem, odbiło mi ;-)


Stay tuned..

P.S. Aha, mam nadzieje że pogoda dopisze, bo jeśli nie to będziemy musieli zmigrować kilkaset kilometrów w jej poszukiwaniu, a wtedy z Rumuni zrobi się np. Ukraina :-)

niedziela, 31 maja 2009

krakowski festiwal filmowy: a mialem dac sobie luz...

Po ostatnich bardzo intensywnych festiwalowo dwóch miesiącach obiecywałem sobie, że aż do wrocławskich Nowych Horyzontów spokój z kinem. A tu dwa dni temu w piątek SMS, a w nim: "Krakowski Festiwal Filmowy czas zacząć :) Na czym będziesz?". SHIT, zapomniałem o KFF... Kilka SMSów dalej, zostałem szczęśliwym posiadaczem karnetu na wszystkie projekcje :-)


Niedziela właśnie się skończyła, jestem więc już po dwóch dniach festiwalu. Trochę niepełnych, bo w sobote rano leczyłem kaca na ściance ;-) Zasadniczo przez cały weekend pogoda na południu Polski była do bani, więc nie miałem parcia na latanie, a nawet gdyby był tzw. WARUN (czyt. warunki pogodowe do latania) to przecież za 5 dni jestem w Rumunii gdzie mam zamiar latać w magicznych Karpatach bite 10 dni, aż mi to bokiem wyjdzie. Tym samym festiwal wypełnił mi prawie cały weekend, a i kolejne dni pod jego znakiem upłyną.

Festiwal bardzo miły i dla mnie odkrywczo-dziewiczy, wrzucajacy mnie w rzadko odwiedzane (przeze mnie) obszary X muzy. Jest bowiem poświęcony krótkiej formie (fabularnej oraz dokumentalnej) zarówno w wersji reallife, jak i animowanej. O ile animacje które widziałem przez weekend raczej nie przypadły mi do gustu (np. pozycje Jerzego Kuci, laureata tegorocznej nagrody Smoka Smoków), o tyle dokumenty sa miodzio. Aha, są wyjątki jedna animacyjka "KJFG NO 5" byla boska. Całe 60sekund zabawy. W każdym bądź razie, ze względu na wypad za granice za dni kilka mam mnóstwo pracy więc moja bytność na festiwalu będzie siłą rzeczy ograniczona, ale mam nadzieje jeszcze karnet na pewno wykorzystać (po prawdzie to już przez weekend się zwrócił :) a zdecydowanie nastawiam się na nocny maraton na zakończenie festiwalu gdzie w nocy z czwartku na piątek będzie pokazywanych mnóstwo najciekawszych, nagrodzonych, najlepszych, wybranych (tu dodać dużo ochów i achów) pozycji. Zdecydowanie nie mam jednak czasu na opisywanie wszystkiego co widze, co najwyżej podsumuje tutaj perełki na koniec.

Anyway (słowo klucz :) polecam wszystkim z Krakowa wykorzystanie możliwości jakie daje Krakowski Festiwal Filmowy i poznanie X muzy od strony troche innej niż weekendowy wypad do multipleksu.

sobota, 23 maja 2009

wspinaczka: zdjęcia z doliny kobylańskiej

Obiecałem jakis czas temu, gdy wyprawy w skałki skończyły się tym, że nie wszedłem na gale zamknięcia off plus camera, wkleić wreszcie więcej zdjęć ze wspinaczki w terenie. Buszowaliśmy wtedy po skałach w Dolinie Kobylańskiej. W ogóle ostatnie trzy dni festiwalu off plus spędzałem w modelu: rano skały, wieczorem filmy, w nocy imprezy co należy podsumować moim ostatnio ulubionym zwrotem: Sponsor: sen, Mecenat: kawa.

Anyway, poniżej garść zdjęć ze wspinu sprzed kilku tygodni, każde w wersji fullsize po kliknięciu, poczynajac od najwyższego kawałka skały. Do krzyża u góry dotarliśmy z Kasią po około 40 minutach wspinaczki z jedną stacją przesiadkową w środku. Pierwsze prowadzenie robiłem ja, drugie ona.


Co to znaczy stacja przesiadkowa? Ano, lina nie ma nieskończonej długości, więc jeśli skała wysoka, musimy dzielić ją na około 30m odcinki i takimi partiami pokonywac całość. Wiadomo że sprzęt musimy cały zebrać (nic przed nami na ścianie nie ma, i nic po nas nie zostaje). Poniżej zdjęcie ze stanowiska. Widać na nodze cały zwój zebranej liny.


Prawdziwa zabawa to oczywiście prowadzenie trasy w góre. Czyli zasuwam z liną, powoli wpinając ekspresy do asekuracji (tzw. asekuracja z dołu). Pierwszy z pary ma trudniej, odpadnięcie to często lot kilkumetrowy do najbliższej wpinki w dół... Kto by się tam jednak przejmował takimi drobiazgami w kontekście widocznej na drugim zdjęciu radości z zakładania stanowiska u góry :-)



Wspinaczka to także droga w dół. Jak już jesteśmy na szczycie, to przecież jakoś musimy zjechać... Najcześciej dysponując tylko takim sprzętem jaki sam wniesliśmy do góry. Zjazd jest jednak o tyle miły, że bezwysiłkowy, no i nie wymaga asekuracji partnerki, której noga kadr mi tu przesłania :-)


Aha, przed zjazdem, obowiązkowe podziwianie panoramy. Jak pokazuje poniższe zdjęcie dolinki podkrakowskie wiosną to widok miodzio (osobników pomijamy :):



A na deser troche trudniejsza ścianka, łatwo nie było... Ja naprawde nie wiem jak my tam włazimy ;-)


No dobra, na prawdziwy deser to były robale (czyt. mrówki giganty):

niedziela, 26 kwietnia 2009

offpluscamera: czyli jak zmarnowałem Gale zamknięcia

Dzisiaj tak łazikowałem w podkrakowskiej Jurze, że w efekcie nie dostałem się na Galę zamknięcia. Warto jednak było, bo widoki nieziemskie, zas pełną galerie wrzucę jak Czu przyjedzie ze zdjęciami na Juwenalia. Do tego czasu, polecam mój tyłek, werjsa Lans.

wtorek, 24 marca 2009

Paralotnie - Słowenia, Jaskinia Postojna

Dzisiaj parszywa pogoda, pada deszcz i źle wieje. Tak więc z latania nici. Wsiedlismy wiec w samochody i pojechalismy do Jaskini Postojna (Postojanska Jama) oddalonej o kilkadziesiat kilometrów dalej. Perła Krasu w Słowenii, ponad 20 km podziemnych korytarzy (najdłuższa jaskinia w Słowenii i jedna z największych w tej częsci Europy).


Reczywiście było co oglądać. Formy krasowe, powstałe wskutek wupłukiwania rozpuszczalnych skał wapiennych, zapierają dech w piersiach. Sądze że Geiger tutaj szeroko czerpał inspiracje do swoich wizji. Mimo dość ciemnych warunków, udało się nam zrobić sporo fajnych zdjęć, aczkolwiek nie oddają one nawet w połowie tego co dało się tam zobaczyć. Jaskinia była cała napakowana od stropu bo podłoże naciekami skalnymi i ich wszechobecność nakeżdym skrawku przestrzeni budowała potężne wrażenie wizualne.




Samo zwiedzanie zajeło nam półtorej godziny, jeździliśmy podziemią kolejką (pierwszka kolejka była tu wybudowana w 1872!) oraz sporo chodziliśmy. Jest to oczywiście masowa atrakcja turystyczna, w latach osiemdziesiątych rocznie odwiedzało jaskinie 900 tysięcy ludzi (po 20 euro za łeb daje 18 mln euro przychodu).




Podczas wchodzenia do jaskini, cała 100 osobowa grupa została dokładnie obfotografowana - nie wiedziałem, zastanawiając się, czemu - może żeby się nikt nie zgubił? Przy wyjściu zagadka się rozwiązała. Każdy z nas miał portret, wywołany (czy raczej wydrukowany), gotowy do oczywiście kupienia, bodajże za 1 euro. Geriatryczna część wycieczki (czyli większość w postaci dwóch autokarów niemców po sześćdziesiątce na wczasach) masowo rzuciła się na tę atrakcje :-) Ciekawy pomysł, zwłaszcza iż fakt gotowego do natychmiastowego odebania zdjęcia stanowił jak sądze istotny element zwiększający znacznie sprzedaż.

sobota, 21 marca 2009

Paralotnie - Słowenia: podróż

Wyjechaliśmy całą siódemka na latanie do Słowenii. Poprzednie dwie noce praktycznie w ogóle nie spałem, w piątek dużo pracy, spotkania, takie tam. Pakowałem się w 60 minut przed wyjazdem i nawet mi się to udało: nie zapomniałem niczego. Sam się sobie dziwie. Dawniej tak nie potrafiłem: tu chyba lekcja od M. która mnie tego nauczyła. Dzięki Ci M :-)

Anyway podróż trochę mecząca. mase spania, mase pracy nad pewnymi niebieskimi dokumentami :-)

Warte odnotowania jest chyba to że alpy w słowenii (blisko granicy włosko/austryjackiej) sa naprawde piękne. Przejeżdżaliśmy przez takie miejsca że nie da się tego opisać. Polskie tatry wydają się przy tym takie małe... I nie o wysokość mi chodzi.



Co ciekawe, byliśmy też w miejscu które Polacy zaciekle bronili w czasie wojny. Niezłe tunele i fortyfikacje...


Po kilkunastu godzinach dotarlismy do miejsca docelowego. Czy będziemy tu przez cały czas zależy od pogody. Na pewno w niedziele, gdyż ma być idealna. Dzisiaj (sobota) popołudniu jest troche zbyt wietrznie. Poza tym mam pracę :-) Ledwo zdążyłem pstryknąć taką fotke:

poniedziałek, 9 marca 2009

wspinaczka: zdjęcia z zawodów

Uaaa, oj działo się działo. Komplet zdjęć w picasie, zaś poniżej relacja.

Bez wątpienia był to najlepiej spędzony przeze mnie dzień w tym roku. Najpierw maksymalny wycisk fizyczny na zawodach, a potem mega impreza do ..... 5am? Pi razy drzwi :-) Pamiętam że koło 2am zamawialiśmy taxówke do .......... lokalnego monopolowego... Zrzucam zasłone milczenia na to co się działo, ale dodam tylko że zakwasy miałem przez dwa dni. Powyżej pasa ze względu na wspinanie na maxa, a poniżej pasa, ze względu na 5h tańczenia :-)

Anyway, całość zaczęła się po 17. Oczywiście na start rozgrzewka, uzupełnienie płynów, rozciąganie i takie tam rzeczy które cała setka zawodników robiła by się troche rozluźnić.



Tras (zwanych też przystawkami) bylo sporo. Większość z nich składała się z kilku do kilkunastu ruchów, po chwytach zamontowanych na ścianie. Rzadko kiedy wychodzilismy powyżej 4m, więc duże poduchy pod ścianami w zupełności dawały nam gwarancje bezpiecznych upadków, których było bez liku, choćby na trasie pokazanej na zdjęciu poniżej o wdzięcznej nazwie 'max dyno'. Wybicie z lotem poziomym 2m. Mniam. Poniżej ja w chwili wybicia (nie doleciałem :-).


Oczywiście były też trasy bardziej pionowe, co nie oznaczało że nie wymagające:



Jak często we wspinaczce, siła rąk i odpowiednia technika kluczem do wygranej:


W sumie byłem na zawodach 26, co mnie całkiem usatysfakcjonowało i pokazało jednocześnie duuuuże pole do poprawy. W ostatniej godzinie nie dawałem już bowiem rady - łokcie dawały w dupe. Końcowo zdobyłem bodajże 48pkt na 75 możliwych. Na zdrowo byłbym wstanie zrobić (chyba) jeszcze około 12..15. Czas podleczyć łapki i ten rok przeznaczyć na intensywny trening na następne zawody :-) Na koniec przykładzik walki z w miare prostą ścianą:





Aha, wszystkich zawodników dzielnie dopingowała LUNA, która po zawodach znalazła sobie zabawe polegającą na przegryzaniu balonów i uciekaniu po eksplozji. Sprytny psiak :-)

sobota, 7 marca 2009

wspinaczka: zawody

Tak wiem, zwariowałem. Ja i moja jednoroczna zabawa ze sportem doprowadziła mnie w ciągu 12 miesięcy do startu w zawodach we wspinaczce. Dwa lata temu roześmiałbym się na samą taką myśl.... Rok temu jak robiłem poniższe zdjęcie też :-)


Anyway,
w nocy dużo snu, czy raczej nad ranem, bo wczoraj miałem uroczystą gale, garnitur, cylinder, kobiety w koktajlowych kreacjach itd. Rano pożywne śniadanie: biały ser, tuńczyk, oliwa przyprawy i czarny chleb. Troche uspokojenia nad lektura artykułów Baumana, troche nauki. Delikatna rozgrzewka, tak by dać ciału przedsmak tego co będzie wieczorem. Potem lekki obiad czyli sam szpinak, jajka no i pisze ten tekst tuż przed wyjściem.

Na zawodach cudów sie nie spodziewam. Dwa tygodnie temu skasowałem sobie łokcie (a konkretnie mięśnie dookoła) ćwicząc planche. Dzisiaj jeden jest prawie sprawny, drugi mocno boli pod obciążeniem. Co będzie na zawodach nie wiem. Licze na wsparcie Ego ;-) Biore paczke Apapu i mówie sobie że celem jest być w pierwszej połowie.

Startuje około 100 osób. Będzie dwadzieścia kilka tras. Na całość mamy 4h, z czego pierwsza godzina na rozgrzewkę i rozkminianie tras a pozostałe trzy na faktyczną wspinaczke. Do każdej z tras można podchodzić dowolną ilość razy, ale siłą rzeczy kolejne próby będą powodowały że każda z nich będzie gorsza (mam ograniczone pokłady wytrzymałości, których nawet cztery paczki ukochanych Katarzynek w plecaku nie odbudują). Trasy są różnej trudności, a tak samo punktowane. Jest więc pole na strategie :-) Mam nadzieje zyskać kilka procent na samym doborze tras i ich kolejności. Do najtrudniejszych na pewno nie podejde. Szkoda sił na próby. Zasadniczo planuje sporo odpoczywać pomiędzy podejściami. Przy idealnym doborze miałbym 8 minut pomiędzy każdą trasą, no ale na pewno będa jakieś fuckupy. Pytanie też czy łokcie mi wytrzymają do końca.

Idziemy całą paczką z naszej sekcji, biorę też nikona w celach archiwalnych, a druga połowa plecaka wypakowana carlsbergiem bo po zawodach wszyscy zostajemy robiąc mega impreze. Przepoceni, półubrani (czyt. prawie rozebrani), usmarowani magnezją, z obolałymi mięśniami i naciągniętymi stawami, będziemy leżeć, gadać, tańczyć i pić na poduchach które na codzień ratują nasze tyłki przed potłuczeniem :)

Wish me luck...

środa, 14 stycznia 2009

Paralotnie - Maroko, krzaczory

W Maroku oprócz wszędobylskiego kurzu, brunatnej ziemi i kamorów zaskakuje też roślinność. Przede wszystkim nie istnieje pojęciu lasu jako takiego. Rzadko rozsiane palmy z biędą udają drzewa. Drewno jest cenne (co widac też w archikturze, całkiem gliniano-kamiennej). W wolnych chwilach od latania, włóczyliśmy się więc po okolicy uwieczniając okazy marokańskiej flory na, chciało by się powiedzieć kliszach, ale po prawdzie to na wielogigabajtowych nośnikach danych :-)


Tym samym dla wszystkich tych, którym znudziły się już posty o lataniu, zdjęcia nieba, paralotni rozłożonych, złożonych, na ziemi, w powietrzu, pod nami, nad nami, pojedynczo, parami, stadami w locie w górę, w dół, w bok, w tym poście troche więcej ziemi, a mniej nieba.

Zaczniemy od symboli fallicznych - jak widać matka natura jest nieźle zboczona (a mówią, że głównie mężczyznom seks w glowie...), by przejść do czegoś co żyło i rosło na plaży 20m od oceanu - bynajmniej nie wetknęliśmy tego w piasek sami - pośród morza piasku. Niestety nie potrafie nazwać ani jednego 'Tego Czegoś' co widnieje na zdjęciach poniżej. Miłego oglądania.













Warsztat produkcyjny: