Niestety pogoda jednak zrobiła nas w bambuko. Leje i leje i lać nie przestanie. Prognozy są opłakane, na całą południową Europę, z wyjątkiem Hiszpanii, ale tam trochę za daleko dla nas.
Przewidywania na niedziele wyglądaja np. tak:
Dupa. Decydujemy więc, że wracamy do PL. Nie ma co siedzieć tutaj i patrzyć jak deszcz wali i podtapia kamping. Te 1000km, 9 godzin jazdy mija szybko. Przyzwyczajam się do tego i wydaje mi się to małym dystansem. Świat rzeczywiście się kurczy.
Galeria zdjęć z wyprawy, na mojej picasie jako 2010lijak.
Na przyszłość linki do stron których używamy do sprawdzania pogody:
mapy nato (oraz skrót samych do obrazków)
ilmeteo
windguru
meteoblue
icm meteo
W Polsce ma być w sobote pogoda do latania, o czym za chwilę..
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjecia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjecia. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 1 kwietnia 2010
piątek, 20 listopada 2009
paragliding: Andaluzja, podsumowanie i zdjęcia
Było i minęło, zleciało tak szybko, że nawet nie zdążyłem się obejrzeć. Szkooooda. Zwłaszcza iż niektórzy zostali na kolejny tydzień. Buuu szczęściarze, co pracować nie musza ;-) Latanie w takich krajobrazach, w spokojnych warunkach w powietrzu to spory komfort, co by tu nie mówić o tym sporcie.
Wszystkie zdjęcia z wyprawy, są na mojej picasie, a tutaj krótkie podsumowanie i ostatnie fotki.
Latanie w andaluzji, było w tym roku bardzo lajtowe. Pogoda nie była wymagająca i sprzyjała tak, że moglismy każdego dnia polatać. Niestety przeważnie były to krótkie loty i bujanie się na żaglu. Inwersja skutecznie ograniczyła nasze plany przelotowe. Ciekaw jestem czy tak było podczas naszej bytności, czy ogólnie listopad w Hiszpanii jest bardzo spokojny. Biorąc jednak pod uwage dużą ilość szkół które w tym samym czasie jeździły po okolicy, mogę zaryzykować stwierdzenie że Andaluzja dla wymagającego pilota może czasami być troche za spokojna.
Istotnym plusem był często występujący na stokach Liharu żagiel, dający możliwość poćwiczenia prostszych figurek acro, jak na przykład wingoverków, małych spiralek i ogólnie dobrej kontroli glajta w powietrzu. W myśl zasady: łapiesz wysokość, robisz kilka figurek, odbudowujesz wysokość itd.. Jak na przykład Slavo na zdjęciu w wingoverze:
Co dalej? No w tym roku to raczej mi już starczy. Plany tegoroczne, które opisywałem w grudniu 2008 zrealizowałem z naddatkiem (łącznie z nieplanowaną mała katastrofą lotnicza z udziałem niżej podpisanego :). Może jeszcze w grudniu pojadę do Zakopanego zlecieć z Kasprowego. Ot takie małe przymiarki do przyszłorocznego latania w Tatrach, które na wiosne 2010 mam zamiar uskuteczniać.
Natomiast w całym 2010, mam nadzieje, iż uda się polecieć (tradycyjnie, nie na mojej pomarańczce :) na drugą, południową, półkulę, polatać gdzieś, gdzie jest całkiem całkiem inaczej niż u nas. Celuję w Chile i Atakamę. Byłoby miodzio, gdyby się udało!
Wszystkie zdjęcia z wyprawy, są na mojej picasie, a tutaj krótkie podsumowanie i ostatnie fotki.
Latanie w andaluzji, było w tym roku bardzo lajtowe. Pogoda nie była wymagająca i sprzyjała tak, że moglismy każdego dnia polatać. Niestety przeważnie były to krótkie loty i bujanie się na żaglu. Inwersja skutecznie ograniczyła nasze plany przelotowe. Ciekaw jestem czy tak było podczas naszej bytności, czy ogólnie listopad w Hiszpanii jest bardzo spokojny. Biorąc jednak pod uwage dużą ilość szkół które w tym samym czasie jeździły po okolicy, mogę zaryzykować stwierdzenie że Andaluzja dla wymagającego pilota może czasami być troche za spokojna.
Istotnym plusem był często występujący na stokach Liharu żagiel, dający możliwość poćwiczenia prostszych figurek acro, jak na przykład wingoverków, małych spiralek i ogólnie dobrej kontroli glajta w powietrzu. W myśl zasady: łapiesz wysokość, robisz kilka figurek, odbudowujesz wysokość itd.. Jak na przykład Slavo na zdjęciu w wingoverze:
Co dalej? No w tym roku to raczej mi już starczy. Plany tegoroczne, które opisywałem w grudniu 2008 zrealizowałem z naddatkiem (łącznie z nieplanowaną mała katastrofą lotnicza z udziałem niżej podpisanego :). Może jeszcze w grudniu pojadę do Zakopanego zlecieć z Kasprowego. Ot takie małe przymiarki do przyszłorocznego latania w Tatrach, które na wiosne 2010 mam zamiar uskuteczniać.
Natomiast w całym 2010, mam nadzieje, iż uda się polecieć (tradycyjnie, nie na mojej pomarańczce :) na drugą, południową, półkulę, polatać gdzieś, gdzie jest całkiem całkiem inaczej niż u nas. Celuję w Chile i Atakamę. Byłoby miodzio, gdyby się udało!
niedziela, 14 czerwca 2009
paralotnie: Rumunia i Słowenia, podsumowanie
No więc wróciłem. Cały i zdrowy. Nie licząc przeziębienia i kataru godnego trąby słonia :-) Wszystko co miałem opisać opisałem. Zdjęcia przerobiłem, do postów przypisałem, a ich potężną porcje umieściłem także na swojej picasie, jeśli ktoś nie chce czytać tylko woli oglądać: zapraszam tutaj (koniecznie w trybie full screen!!!).

Bogatszy o mase doświadczeń, kopę wrażeń, piątke nowych przyjaciół, trzy i pół giga zdjęć (do przerobienia), zero kleszczy (co się okazało po sprawdzeniu w wannie :), kilka tysięcy kilometrów przejechanych po Europie, nowe umiejętności w powietrzu i dziesiątki innych rzeczy. Na całym wyjeździe kompa włączyłem...tu werble... 3 razy.... aż sobie sam się dziwie... czas zmian :-) Obżarłem się za to rumuńskich specjałów: sera i słoniny :-)

Po wypadzie byłem maksymalnie wypruty, tak samo jak po całym dniu latania na zdjęciu powyżej, więc po kąpieli (ten tego, 10 dni bez wanny :) padłem do łóżka, na solidne dwanaście godzine snu. A od nastepnego dnia szybki skok w wir zaległej pracy (setki maili), wspinaczki (wszystkie kontuzje w pełni zaleczone, mieśnie wypoczęte i hipertroficznie żądne nowych doznań ;-) oraz nocnego życia miejskiego :-)
Rumunia piękna i śliczna. Chyba to widać...


Tymczasem Dobranoc. Pchły na noc. Karaluchy, pod poduchy :-)
Bogatszy o mase doświadczeń, kopę wrażeń, piątke nowych przyjaciół, trzy i pół giga zdjęć (do przerobienia), zero kleszczy (co się okazało po sprawdzeniu w wannie :), kilka tysięcy kilometrów przejechanych po Europie, nowe umiejętności w powietrzu i dziesiątki innych rzeczy. Na całym wyjeździe kompa włączyłem...tu werble... 3 razy.... aż sobie sam się dziwie... czas zmian :-) Obżarłem się za to rumuńskich specjałów: sera i słoniny :-)
Po wypadzie byłem maksymalnie wypruty, tak samo jak po całym dniu latania na zdjęciu powyżej, więc po kąpieli (ten tego, 10 dni bez wanny :) padłem do łóżka, na solidne dwanaście godzine snu. A od nastepnego dnia szybki skok w wir zaległej pracy (setki maili), wspinaczki (wszystkie kontuzje w pełni zaleczone, mieśnie wypoczęte i hipertroficznie żądne nowych doznań ;-) oraz nocnego życia miejskiego :-)
Rumunia piękna i śliczna. Chyba to widać...
Tymczasem Dobranoc. Pchły na noc. Karaluchy, pod poduchy :-)
niedziela, 7 czerwca 2009
paralotnie: Rumunia, karpackie klimaty i zdjęcia z połonin
poniedziałek, 1 czerwca 2009
paralotnie: cie(cie)ń w maju
Zaległy post z wyprawy na Ciecień w Beskidzie wyspowym ponad tydzień temu. Ciecień jest bardzo miłą lokacją, dlatego że są z niego dostepne dane meteorologiczne, tym samym owej niedzieli szybki rzut oka na net, pozwolił stwierdzić: jest WARUN na Ciecieniu. 5m/s w porywach do 7miu prosto z zachodu. Ów rzut oka, robił Maro, bo ja o 9ej to jeszcze spałem rozłożony szaleństwami dnia poprzedniego zakończonymi o 5am :-)
Latanie z Ciecienia, jak i ogólnie większości masywu Beskidu wyspowego wymaga oprócz umiejętności latania także odpowiedniej kondycji. Na szczyt czeka bowiem 40 minutowa (szybkim tempem) wspinaczka (szlakiem, szlakiem, nie skałkowa :) - co nawet przy moim lekkim 15kg plecaku ze sprzętem nie jest proste. Co poniektórzy muszą wnieść tam prawie 20kg, nic więc dziwnego że na koniec mamy konkurs mokrego podkoszulka.
Na szczęście start z widokami jak poniżej rekompensuje z nawiązką mozolny marsz w górę.

Oczywiście przed startem obowiązkowe zaklinanie skrzydła. Zwłaszcza że miało to być dla mnie dopiero drugie latanie na nowym sprzęcie. Nie jestem wciąż do niego przyzwyczajony, a że lubie latać niedoważony, Maro na starcie jak zwykle czarno-wróży i straszy mnie że silna wiosenna termika solidnie przetrzepie mi tyłek w powietrzu. Pffft... trzepanie tyłka to ja wole w innej postaci ;-) Start bezproblemowy, a i potem bez żadnych niespodzianek woziłem się ładnych pare godzin w powietrzu. W tym nad startowiskiem ku uciesze fotografa, potem mojej Picasy ;-)



Zasadniczo osób było troche więcej co zaowocowało całkiem ładnymi zdjęciami, zarówno ślicznym kawałkiem drogi w okolicach Limanowej, jak i zdjęciami pilotów w powietrzu:




Latanie w Beskidzie miodzio.
Latanie z Ciecienia, jak i ogólnie większości masywu Beskidu wyspowego wymaga oprócz umiejętności latania także odpowiedniej kondycji. Na szczyt czeka bowiem 40 minutowa (szybkim tempem) wspinaczka (szlakiem, szlakiem, nie skałkowa :) - co nawet przy moim lekkim 15kg plecaku ze sprzętem nie jest proste. Co poniektórzy muszą wnieść tam prawie 20kg, nic więc dziwnego że na koniec mamy konkurs mokrego podkoszulka.
Na szczęście start z widokami jak poniżej rekompensuje z nawiązką mozolny marsz w górę.
Oczywiście przed startem obowiązkowe zaklinanie skrzydła. Zwłaszcza że miało to być dla mnie dopiero drugie latanie na nowym sprzęcie. Nie jestem wciąż do niego przyzwyczajony, a że lubie latać niedoważony, Maro na starcie jak zwykle czarno-wróży i straszy mnie że silna wiosenna termika solidnie przetrzepie mi tyłek w powietrzu. Pffft... trzepanie tyłka to ja wole w innej postaci ;-) Start bezproblemowy, a i potem bez żadnych niespodzianek woziłem się ładnych pare godzin w powietrzu. W tym nad startowiskiem ku uciesze fotografa, potem mojej Picasy ;-)
Zasadniczo osób było troche więcej co zaowocowało całkiem ładnymi zdjęciami, zarówno ślicznym kawałkiem drogi w okolicach Limanowej, jak i zdjęciami pilotów w powietrzu:
Latanie w Beskidzie miodzio.
sobota, 23 maja 2009
wspinaczka: zdjęcia z doliny kobylańskiej
Obiecałem jakis czas temu, gdy wyprawy w skałki skończyły się tym, że nie wszedłem na gale zamknięcia off plus camera, wkleić wreszcie więcej zdjęć ze wspinaczki w terenie. Buszowaliśmy wtedy po skałach w Dolinie Kobylańskiej. W ogóle ostatnie trzy dni festiwalu off plus spędzałem w modelu: rano skały, wieczorem filmy, w nocy imprezy co należy podsumować moim ostatnio ulubionym zwrotem: Sponsor: sen, Mecenat: kawa.
Anyway, poniżej garść zdjęć ze wspinu sprzed kilku tygodni, każde w wersji fullsize po kliknięciu, poczynajac od najwyższego kawałka skały. Do krzyża u góry dotarliśmy z Kasią po około 40 minutach wspinaczki z jedną stacją przesiadkową w środku. Pierwsze prowadzenie robiłem ja, drugie ona.

Co to znaczy stacja przesiadkowa? Ano, lina nie ma nieskończonej długości, więc jeśli skała wysoka, musimy dzielić ją na około 30m odcinki i takimi partiami pokonywac całość. Wiadomo że sprzęt musimy cały zebrać (nic przed nami na ścianie nie ma, i nic po nas nie zostaje). Poniżej zdjęcie ze stanowiska. Widać na nodze cały zwój zebranej liny.

Prawdziwa zabawa to oczywiście prowadzenie trasy w góre. Czyli zasuwam z liną, powoli wpinając ekspresy do asekuracji (tzw. asekuracja z dołu). Pierwszy z pary ma trudniej, odpadnięcie to często lot kilkumetrowy do najbliższej wpinki w dół... Kto by się tam jednak przejmował takimi drobiazgami w kontekście widocznej na drugim zdjęciu radości z zakładania stanowiska u góry :-)


Wspinaczka to także droga w dół. Jak już jesteśmy na szczycie, to przecież jakoś musimy zjechać... Najcześciej dysponując tylko takim sprzętem jaki sam wniesliśmy do góry. Zjazd jest jednak o tyle miły, że bezwysiłkowy, no i nie wymaga asekuracji partnerki, której noga kadr mi tu przesłania :-)

Aha, przed zjazdem, obowiązkowe podziwianie panoramy. Jak pokazuje poniższe zdjęcie dolinki podkrakowskie wiosną to widok miodzio (osobników pomijamy :):


A na deser troche trudniejsza ścianka, łatwo nie było... Ja naprawde nie wiem jak my tam włazimy ;-)

No dobra, na prawdziwy deser to były robale (czyt. mrówki giganty):
Anyway, poniżej garść zdjęć ze wspinu sprzed kilku tygodni, każde w wersji fullsize po kliknięciu, poczynajac od najwyższego kawałka skały. Do krzyża u góry dotarliśmy z Kasią po około 40 minutach wspinaczki z jedną stacją przesiadkową w środku. Pierwsze prowadzenie robiłem ja, drugie ona.
Co to znaczy stacja przesiadkowa? Ano, lina nie ma nieskończonej długości, więc jeśli skała wysoka, musimy dzielić ją na około 30m odcinki i takimi partiami pokonywac całość. Wiadomo że sprzęt musimy cały zebrać (nic przed nami na ścianie nie ma, i nic po nas nie zostaje). Poniżej zdjęcie ze stanowiska. Widać na nodze cały zwój zebranej liny.
Prawdziwa zabawa to oczywiście prowadzenie trasy w góre. Czyli zasuwam z liną, powoli wpinając ekspresy do asekuracji (tzw. asekuracja z dołu). Pierwszy z pary ma trudniej, odpadnięcie to często lot kilkumetrowy do najbliższej wpinki w dół... Kto by się tam jednak przejmował takimi drobiazgami w kontekście widocznej na drugim zdjęciu radości z zakładania stanowiska u góry :-)
Wspinaczka to także droga w dół. Jak już jesteśmy na szczycie, to przecież jakoś musimy zjechać... Najcześciej dysponując tylko takim sprzętem jaki sam wniesliśmy do góry. Zjazd jest jednak o tyle miły, że bezwysiłkowy, no i nie wymaga asekuracji partnerki, której noga kadr mi tu przesłania :-)
Aha, przed zjazdem, obowiązkowe podziwianie panoramy. Jak pokazuje poniższe zdjęcie dolinki podkrakowskie wiosną to widok miodzio (osobników pomijamy :):
A na deser troche trudniejsza ścianka, łatwo nie było... Ja naprawde nie wiem jak my tam włazimy ;-)
No dobra, na prawdziwy deser to były robale (czyt. mrówki giganty):
wtorek, 31 marca 2009
Paralotnie - Słowenia: podsumowanie
Było miło, ale wszystko się skończyło. Krótkie podsumowanie wyjazdu, oraz link do galerii zdjęć z wyprawy do Jaskini Postojna. Nie umieszczam tym razem wszystkich zdjęć do całego wypadu do Słowenii bo jest dużo wymagających cenzury ;-)

Cały wypad cały trwał 10 dni, dni lotnych było bodajże 5, wylatałem 11 godzin w około 8 lotach. Przez cały czas lataliśmy na masywie Lijaka. Zrobiliśmy razem koło tysiąca zdjęć, po usunięciu maziaków i brzydali zostało 200. W czasie całej wyprawy ....... wysłałem i odebrałem kilkaset maili, a średnia ilość godzin do spania na dobe wychodziła na poziomie 5 :-) Model w dzień latamy w nocy pracujemy, jest efektywny, ale solidnie daje w kość. Na dłuższą mete odradzam. Zaletą Słowenii jest tani dostęp do sieci i ogólnie europejskiej infrastruktury (sklepy, restauracje itp). Ceny powiedziałbym minimalnie (20%?) wyższe niż w Polsce.
Jeśli idzie o aspekty lotne, wypad był więcej niż udany. Miałem okazje poćwiczyć pierwsze wstępy do akrobacji, znacząco zwiększyłem swój nalot godzinowy, a kilka trudnych sytuacji na własnej skórze nauczyło mnie co w takich chwilach trzeba robić. Widiałem też sporo sytuacji w powietrzu dotyczących trudnych warunków pogodowych, gdzie na przykładzie pilotów z Czech zobaczyłem kiedy na pewno nie należy latać bo grozi to poważnymi konsekwencjami. Nauka na cudzych błędach jest smaczna :-) Słowenie do latania polecam, szkoda tylko że nie było pełnej wiosny, taka jaka nastała tydzień później.

That being said, zmykam teraz (3ci kwietnia) na weekendowe warsztaty taneczne do Bukowiny. Pogoda miodzio :-) Jak wrócę to opisze coś o więcej o kinie, bo w tym temacie ostatnio się opuszczam (jak J. znowu słusznie mi zarzuciła :-) Do następnego razu :-)
Cały wypad cały trwał 10 dni, dni lotnych było bodajże 5, wylatałem 11 godzin w około 8 lotach. Przez cały czas lataliśmy na masywie Lijaka. Zrobiliśmy razem koło tysiąca zdjęć, po usunięciu maziaków i brzydali zostało 200. W czasie całej wyprawy ....... wysłałem i odebrałem kilkaset maili, a średnia ilość godzin do spania na dobe wychodziła na poziomie 5 :-) Model w dzień latamy w nocy pracujemy, jest efektywny, ale solidnie daje w kość. Na dłuższą mete odradzam. Zaletą Słowenii jest tani dostęp do sieci i ogólnie europejskiej infrastruktury (sklepy, restauracje itp). Ceny powiedziałbym minimalnie (20%?) wyższe niż w Polsce.
Jeśli idzie o aspekty lotne, wypad był więcej niż udany. Miałem okazje poćwiczyć pierwsze wstępy do akrobacji, znacząco zwiększyłem swój nalot godzinowy, a kilka trudnych sytuacji na własnej skórze nauczyło mnie co w takich chwilach trzeba robić. Widiałem też sporo sytuacji w powietrzu dotyczących trudnych warunków pogodowych, gdzie na przykładzie pilotów z Czech zobaczyłem kiedy na pewno nie należy latać bo grozi to poważnymi konsekwencjami. Nauka na cudzych błędach jest smaczna :-) Słowenie do latania polecam, szkoda tylko że nie było pełnej wiosny, taka jaka nastała tydzień później.
That being said, zmykam teraz (3ci kwietnia) na weekendowe warsztaty taneczne do Bukowiny. Pogoda miodzio :-) Jak wrócę to opisze coś o więcej o kinie, bo w tym temacie ostatnio się opuszczam (jak J. znowu słusznie mi zarzuciła :-) Do następnego razu :-)
wtorek, 24 marca 2009
Paralotnie - Słowenia, Jaskinia Postojna
Dzisiaj parszywa pogoda, pada deszcz i źle wieje. Tak więc z latania nici. Wsiedlismy wiec w samochody i pojechalismy do Jaskini Postojna (Postojanska Jama) oddalonej o kilkadziesiat kilometrów dalej. Perła Krasu w Słowenii, ponad 20 km podziemnych korytarzy (najdłuższa jaskinia w Słowenii i jedna z największych w tej częsci Europy).

Reczywiście było co oglądać. Formy krasowe, powstałe wskutek wupłukiwania rozpuszczalnych skał wapiennych, zapierają dech w piersiach. Sądze że Geiger tutaj szeroko czerpał inspiracje do swoich wizji. Mimo dość ciemnych warunków, udało się nam zrobić sporo fajnych zdjęć, aczkolwiek nie oddają one nawet w połowie tego co dało się tam zobaczyć. Jaskinia była cała napakowana od stropu bo podłoże naciekami skalnymi i ich wszechobecność nakeżdym skrawku przestrzeni budowała potężne wrażenie wizualne.



Samo zwiedzanie zajeło nam półtorej godziny, jeździliśmy podziemią kolejką (pierwszka kolejka była tu wybudowana w 1872!) oraz sporo chodziliśmy. Jest to oczywiście masowa atrakcja turystyczna, w latach osiemdziesiątych rocznie odwiedzało jaskinie 900 tysięcy ludzi (po 20 euro za łeb daje 18 mln euro przychodu).



Podczas wchodzenia do jaskini, cała 100 osobowa grupa została dokładnie obfotografowana - nie wiedziałem, zastanawiając się, czemu - może żeby się nikt nie zgubił? Przy wyjściu zagadka się rozwiązała. Każdy z nas miał portret, wywołany (czy raczej wydrukowany), gotowy do oczywiście kupienia, bodajże za 1 euro. Geriatryczna część wycieczki (czyli większość w postaci dwóch autokarów niemców po sześćdziesiątce na wczasach) masowo rzuciła się na tę atrakcje :-) Ciekawy pomysł, zwłaszcza iż fakt gotowego do natychmiastowego odebania zdjęcia stanowił jak sądze istotny element zwiększający znacznie sprzedaż.
Reczywiście było co oglądać. Formy krasowe, powstałe wskutek wupłukiwania rozpuszczalnych skał wapiennych, zapierają dech w piersiach. Sądze że Geiger tutaj szeroko czerpał inspiracje do swoich wizji. Mimo dość ciemnych warunków, udało się nam zrobić sporo fajnych zdjęć, aczkolwiek nie oddają one nawet w połowie tego co dało się tam zobaczyć. Jaskinia była cała napakowana od stropu bo podłoże naciekami skalnymi i ich wszechobecność nakeżdym skrawku przestrzeni budowała potężne wrażenie wizualne.
Samo zwiedzanie zajeło nam półtorej godziny, jeździliśmy podziemią kolejką (pierwszka kolejka była tu wybudowana w 1872!) oraz sporo chodziliśmy. Jest to oczywiście masowa atrakcja turystyczna, w latach osiemdziesiątych rocznie odwiedzało jaskinie 900 tysięcy ludzi (po 20 euro za łeb daje 18 mln euro przychodu).
Podczas wchodzenia do jaskini, cała 100 osobowa grupa została dokładnie obfotografowana - nie wiedziałem, zastanawiając się, czemu - może żeby się nikt nie zgubił? Przy wyjściu zagadka się rozwiązała. Każdy z nas miał portret, wywołany (czy raczej wydrukowany), gotowy do oczywiście kupienia, bodajże za 1 euro. Geriatryczna część wycieczki (czyli większość w postaci dwóch autokarów niemców po sześćdziesiątce na wczasach) masowo rzuciła się na tę atrakcje :-) Ciekawy pomysł, zwłaszcza iż fakt gotowego do natychmiastowego odebania zdjęcia stanowił jak sądze istotny element zwiększający znacznie sprzedaż.
poniedziałek, 9 marca 2009
wspinaczka: zdjęcia z zawodów
Uaaa, oj działo się działo. Komplet zdjęć w picasie, zaś poniżej relacja.
Bez wątpienia był to najlepiej spędzony przeze mnie dzień w tym roku. Najpierw maksymalny wycisk fizyczny na zawodach, a potem mega impreza do ..... 5am? Pi razy drzwi :-) Pamiętam że koło 2am zamawialiśmy taxówke do .......... lokalnego monopolowego... Zrzucam zasłone milczenia na to co się działo, ale dodam tylko że zakwasy miałem przez dwa dni. Powyżej pasa ze względu na wspinanie na maxa, a poniżej pasa, ze względu na 5h tańczenia :-)
Anyway, całość zaczęła się po 17. Oczywiście na start rozgrzewka, uzupełnienie płynów, rozciąganie i takie tam rzeczy które cała setka zawodników robiła by się troche rozluźnić.


Tras (zwanych też przystawkami) bylo sporo. Większość z nich składała się z kilku do kilkunastu ruchów, po chwytach zamontowanych na ścianie. Rzadko kiedy wychodzilismy powyżej 4m, więc duże poduchy pod ścianami w zupełności dawały nam gwarancje bezpiecznych upadków, których było bez liku, choćby na trasie pokazanej na zdjęciu poniżej o wdzięcznej nazwie 'max dyno'. Wybicie z lotem poziomym 2m. Mniam. Poniżej ja w chwili wybicia (nie doleciałem :-).

Oczywiście były też trasy bardziej pionowe, co nie oznaczało że nie wymagające:

Jak często we wspinaczce, siła rąk i odpowiednia technika kluczem do wygranej:

W sumie byłem na zawodach 26, co mnie całkiem usatysfakcjonowało i pokazało jednocześnie duuuuże pole do poprawy. W ostatniej godzinie nie dawałem już bowiem rady - łokcie dawały w dupe. Końcowo zdobyłem bodajże 48pkt na 75 możliwych. Na zdrowo byłbym wstanie zrobić (chyba) jeszcze około 12..15. Czas podleczyć łapki i ten rok przeznaczyć na intensywny trening na następne zawody :-) Na koniec przykładzik walki z w miare prostą ścianą:




Aha, wszystkich zawodników dzielnie dopingowała LUNA, która po zawodach znalazła sobie zabawe polegającą na przegryzaniu balonów i uciekaniu po eksplozji. Sprytny psiak :-)
Bez wątpienia był to najlepiej spędzony przeze mnie dzień w tym roku. Najpierw maksymalny wycisk fizyczny na zawodach, a potem mega impreza do ..... 5am? Pi razy drzwi :-) Pamiętam że koło 2am zamawialiśmy taxówke do .......... lokalnego monopolowego... Zrzucam zasłone milczenia na to co się działo, ale dodam tylko że zakwasy miałem przez dwa dni. Powyżej pasa ze względu na wspinanie na maxa, a poniżej pasa, ze względu na 5h tańczenia :-)
Anyway, całość zaczęła się po 17. Oczywiście na start rozgrzewka, uzupełnienie płynów, rozciąganie i takie tam rzeczy które cała setka zawodników robiła by się troche rozluźnić.
Tras (zwanych też przystawkami) bylo sporo. Większość z nich składała się z kilku do kilkunastu ruchów, po chwytach zamontowanych na ścianie. Rzadko kiedy wychodzilismy powyżej 4m, więc duże poduchy pod ścianami w zupełności dawały nam gwarancje bezpiecznych upadków, których było bez liku, choćby na trasie pokazanej na zdjęciu poniżej o wdzięcznej nazwie 'max dyno'. Wybicie z lotem poziomym 2m. Mniam. Poniżej ja w chwili wybicia (nie doleciałem :-).
Oczywiście były też trasy bardziej pionowe, co nie oznaczało że nie wymagające:
Jak często we wspinaczce, siła rąk i odpowiednia technika kluczem do wygranej:
W sumie byłem na zawodach 26, co mnie całkiem usatysfakcjonowało i pokazało jednocześnie duuuuże pole do poprawy. W ostatniej godzinie nie dawałem już bowiem rady - łokcie dawały w dupe. Końcowo zdobyłem bodajże 48pkt na 75 możliwych. Na zdrowo byłbym wstanie zrobić (chyba) jeszcze około 12..15. Czas podleczyć łapki i ten rok przeznaczyć na intensywny trening na następne zawody :-) Na koniec przykładzik walki z w miare prostą ścianą:
Aha, wszystkich zawodników dzielnie dopingowała LUNA, która po zawodach znalazła sobie zabawe polegającą na przegryzaniu balonów i uciekaniu po eksplozji. Sprytny psiak :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

