Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2009

kinonagranicy: Poslední přesun, Kryštof Hanzlík

Stwierdziłem, iż skoro zaliczyłem już Central na poprzednim filmie, to jeszcze dobije się Piastem i polece tam na projekcję o 1730. Szybkim krokiem byłem w kinie kilka minut po starcie filmu, ALE informacje na wstępie nie były zachęcające: brak polskich napisów. Może chociaż mówią po angielsku? - pytam z nadzieją w głosie. NIE, to film czeski, ale dasz rade, podpowiada mi dziewczyna z obsługi.

Nie dałem :-) Wyszedłem po 30 minutach, bo o ile jakieś 20% słów byłem w stanie zrozumieć, to już sensu filmu ni w ząb. Miało być jakieś kino SCI-FI, a tam siedzi 3 gości w jaskini i gada. Jakieś śmieszne efekty specjalne, las? Co to ku.wa jest? Czeski Blair Witch Project skrzyżowany z Willow? Wersja katastroficzno-psychologiczna. FUCK... Na swoją obronę dodam iż poddałem się dopiero jak wyszło z kina połowe widzów :-) Nie byłem więc osamotniony w odbiorze.

Poleciałem na czeskie knedliki, które były dalece bardziej strawne niż Posledni presun :-)


Moja ocena: 1, bo nie zrozumiałem. Chwała tym co wysiedzieli do końca (może spali???)

kinonagranicy: Nedodržaný sľub, Jiří Chlumský

Po śniadanku uderzamy z Anią znowu do teatru. Tym razem trafiamy na rozliczenie z Holokaustem, w wersji czesko-słowackiej. Film dostał kilka nagród, spodziewamy się więc niezłego kina.


Sielankowy start, liczna żydowska rodzina w zachodniej Słowacji, obietnica spotkania się w tym samym składzie za rok. Jak tytuł wskazuje spełniona to ona nie będzie. I rzeczywiście: rozwój sytuacji nie jest już tak różowy. Niemcy zaczynają szykany. Mnożą się aresztowania i wywózki kolejnych osób. W zasadzie opisaną historię można nazwać studium niszczenia żydowskiej społeczności. Co strasznie, studium widziany od środka. Na spokojnie, served cold jak mawiają anglicy. Właśnie ten początkowy spokój jest nierzeczywisty. Pierwotny optymizm zmienia się niedowierzanie, potem zwątpienie, niepewność a wreszcie strach. Część z żydów decyduje się szybko na radykalne działania. Inni nie zgadzają się z nimi, uważają to za głupotę, ale oni i tak stawiają wszystko na jedną kartę. Jak się potem okazuje dzięki temu zachowują życie. Pozostali biernie przyglądają się wydarzeniom, nie wierząc że to dzieję się naprawdę.

Główny bohater, sam bierze sprawe w swoje ręcę. Młodzieńczo i głupio. Pomaga mu dużo szczęścia, talent piłkarski i zbiegi okoliczności. Jego historię śledzimy w filmie, patrząc na sceny śmieszne, ale przeważnie smutne i przerażąjące. Wojna jawi się nam okrutna na nowo. Wszak to film o niej, o cierpieniu i o ludzkiej podłości na potężną skalę.

Moja ocena: 2.3 bo sprawnie zrobiony no i ten seks wśród gruźlików: priceless ;-)

kinonagranicy: Mój Nauczyciel (Venkovský učitel), Bohdan Sláma

Wyjątkowo udało mi się wstać rano i dobiec na projekcje o 9:30. Poczułem się jak za starych nowo horyzontowych czasów kiedy miałem do heliosa 100 metrów, nikt nie marudził (grin :) i można było wstać i zdążyć na pierwszy seans, kupując po drodze drożdżówke w lokalnej piekarni na śniadanie.


Zacznę notkę od tego że film ma w Polsce dystrybucje (Gutek Film) i premiera będzie za ponad miesiąc. Czyli ktoś tam uważa iż film przyciągnie ludzi do kin. Chyba jest to dobra decyzja, bo film jest zrobiony starannie i solidnie. Widać wyłożone pieniądze w produkcji. Nic więc dziwnego że i dystrybutor się znalazał.

W warstwie fabularnej nie mogę, czy też raczej nie chcę za dużo powiedzieć by nie zepsuć historii, mogę jednak śmiało napisać że jest to po części film o miłości, czy raczej poszukiwaniu jej. Poszukiwaniu i mijaniu się. Poznawaniu ludzi w złym czasie i złym momencie. Odrzucaniu innych. A goni B, B goni C, a C ma wszystko w dupie. Ot takie nowo singlowe. A w tle jak zawsze trudne decyzje w życiu i okres zmian. Historia nie obraca się tylko dookoła ludzi młodych. Tutaj mamy pełen tygiel nastu, dwudziestu, trzydziestu i nawet więcej lat. Całość w typowym dramatycznym (melodramatycznym) tyglu.

Fabuła jest miejscami smutna, ale to czego nie można jej zarzucić to dobrze zarysowanych postaci. Wszyscy główni bohaterowie są w podejmowanych działaniach bardzo wiarygodni. Więcej, wręcz realni, sami widzimy siebie gdy zamieninie z nimi, zmierzamy w strone cierpienia. Wszystko to jako studium miłości niespełnione, odrzuconej, zmarnowanej. Trudnej. I nawet koniec jakiś taki umykający jednoznacznej interpretacji.

Mi po filmie ciągle po głowie kołacze się malowniczy obraz czeskiego małego miasteczka, czy tez wsi. Z dala od wielkomiejskiego tłoku i hałasu. Ma to swój urok, i mówi Wam to Miejski Zwierz we własnej osobie :-)

I już tak na zakończenie, ten film to tak jakby wczesny Wong Kar-Wai w wersji europejskiej. IMHO.

Moja ocena: 2.2, troche melodramatyczne, ale życiowe, w sumie nie wiem czemu nie daje mu 2.3???

sobota, 2 maja 2009

kinonagranicy: Česká RAPublika, Pavel Abrahám

Kolejna transgraniczna projekcja nad Olzą. Tym razem zdecydowanie bardziej byłem skupiony na filmie. Raz że nie było już litewskich trunków zaburzających optyczny i akustyczny odbiór filmu, dwa że film mnie zdecydowanie bardziej zaciekawił.

Co to niby miało być? Dokument o wyjściu na ulice RAPu. Czeskiego na dodatek. Nagranego z udziałem czołowej czeskiej grupy, w bardzo niebanalnym stylu pozwala nam otworzyć trochę oczy na inne gatunki muzyczne. Czy też raczej otworzyć uszy. Film z jednej strony dokumentujący coś, ale nie będący stricte dokumentem. Muzyczny bo mase w nim dobrego (tak mówili w recenzjach) czeskiego rapu, ale nie jest to musical. Komedia? Śmiałem się co chwilę, ale nie jest to przecież film weekendowy...

Pomysł przedstawienia muzyków i ich muzyki w zderzeniu z różnymi ludźmi i sytuacjami, bardzo fajnie przybliża rap, dlatego że pokazuje go zderzonego z różnymi konceptami. A poznanie czegoś jest daleko prostsze jeśli widzimy to na tle czegoś co znamy. Pozwala nam się to odnieść do nowości, rezlatywizują ją. Upraszcza zrozumienie. Zwłaszcza jeśli jak tutaj sytuacje są mocno odmienne. Społeczne, muzyczne, kulturalne i zawodowe. A RAP ciągle ten sam. Po kilkunastu spotkaniach z nim staję się muzyką troszeczkę oswojoną (przynajmniej dla mnie :) nawet jeśli wcześniej się go nie znało (lub jak ja niesłuchało :). No i te boskie scenki... Np. porównanie i wspólne granie z kwartetem smyczkowym to wspaniała ucztą dla ucha, a rozpętana wtedy dyskusja, który-szybciej-rozpędza-się-do-setki, bardzo ludzka :)

Moja ocena: 2.3, zdecydowanie polecam, za to że pozwala inaczej spojrzeć na rap.

kinonagranicy: Tobruk, Václav Marhoul

Wcieliśmy znowu obiadkowe specjały po czeskiej stronie. Festiwal na granicy ma swoje kulinarne uroki :-) Zostały mi jeszcze w planach na jutro knedliczki i będę miał spokój na kilka miesięcy od kuchni naszych południowych sąsiadów. Po obiadku odprowadziłem R i S gdyż musieli już wracać do Krakowa, ze względu na ich niedzielny koncert i szybkim krokiem wracałem do kina.


Trafiłem (z wyboru) na czeską superprodukcje wojenną. Co ciekawe, nie skupia się ona na batalistycznym aspekcie słynnych działań w Afrycę, ale na ludzkim pierwiastku. Drobince zaplątanej w machine wojenną, tak by pokazać że te wielkie wydarzenia są de facto makowcem przekładanym potem, krwią i ludzkimi niegodziwościami. Film nie epatuje przemocą i krwią jak Pasja, aczkolwiek jest troche scen z mięsem na ekranie. Bynajmniej nie jadalnym. Dla mnie tym co było jednak najważniejsze to obraz dramatu pojedynczych ludzi. Lęk żołnierzy o siebie, ich wzajemne relacje, podłość, przyjaźń, śmierć. A w tle pustynia.

Każdy europejski naród ma swoje miejsca na mapie WWII, takoż i Czesi. I to w miejscu, który nam Polakom, kojarzy się przede wszystkim z naszym udziałem w WWII. W bitwie o Tobruk, brało także udział 779 czeskich żołnierzy. Zmagania ich jednostki możemy zobaczyć na tym właśnie filmie.

Jeśli ktoś szuka typowego filmu wojennego, to może i nie rozczaruje się, ale sądzę że nie jest to typowy obraz batalistyczny. Potencjalnemu widzowi przyda się IMHO dramatyczne zacięcię no i pragnienie zgłębienia uczuć pojedynczego wojennego trybiku.

Moja ocena: 2.2, bo tęskniłem za śmiercią i krwią.

kinonagranicy: Drzazgi, Maciej Pieprzyca

Zostaliśmy po projekcji Rene po polskiej stronie i znowu wylądowaliśmy w cieszyńskim teatrze, tym razem na polskiej projekcji Drzazg w reżyserii Macieja Pieprzycy.


Więc tak... jak na debiut, polski na dodatek, film nie był taki zły. Zwłaszcza że przedstawiony w konwencji splatających się wątków trzech bohaterów pokazanych przez pryzmat zdarzeń zmieniających ich życie na zawsze. Taki układ ja osobiście bardzo lubie, jak i krótką formę, która z takiego układu po części wynika (czasu musi starczyć na osobne wątki). Obraz usadowiony na śląsku, w zamyślę stara się pokazać go trochę bliżej, jednak jak mam być szczery nie do końca mu się to udaje. To że w tle miejska architektura ślaską kopalnie, nie definiuje przecież regionu... Spłaszczone to jakieś takie.

W warstwie fabularnej typowe historie z rozterkami młodych ludzi. Tu ślub którego ktoś nie chce, tam zakręceni rodzice, tu zagraniczne stypendium vs niespodziewana ciążą. Bijatyki, drobne dramaty i splatająca się historia.

Kilka pomysłów fajnych (np. z jarającymi rodzicami :) zasadniczo jednak film pomimo przedstawionych trudnych decyzji bohaterów , jawi się cukierkowy, wygładzony, bez szorstkości którą życie (i dobre kino) serwuje nam na codzień. Tym samym ciężko przejść na drugą stronę i oddać się w pełni przyjemności oglądania filmu.

Moja ocena: 2.2 jak na polskie kino obyczajowe to całkiem oka.

kinonagranicy: René, Helena Třeštíková

Mieliśmy wstać rano na film o 10, ale jakoś tak nam zeszło i ledwo zdążyliśmy z R na 1230 do teatru na Rene. Film genialny, chociaż widze to dopiero po dwóch tygodniach od jego projekcji. Musiałem chyba go przetrawić czy raczej prześnić, bo nie pamiętam bym rozważał na jego temat na jawie...


Jest to bardzo specyficzny dokument. Przez 20 lat pokazuje wyrywki, dialogi, z życia tytułowego bohatera. Bohatera bardzo orginalnego, który w całości wypełnia 83 minut filmu. Zaczyna się gdy Rene ma lat naście w 1988, kończy po dwudziestu latach, rok temu. Widzimy przez ten czas jego rozwój, starzenie się, historie życia którą tworzy. Pochodzi z rozbitej rodziny. Szybko trafia do poprawczaka, potem więzienie, które jest jego drugim, czy raczej pierwszym domem. Inteligenty, zaczyna pisać, ale jednocześnie cały czas emocjonalnie skrzywiony, recydywista (kradzieże) pełną gębą. Manipuluje ludźmi, nie daje sobie rady z własnym charakterem. Świadomość że to co widzimy to prawdziwa historia potęguje doznania przed ekranem.

Film został nakręcony przez Helene Třeštíkova, która była ministrem kulutry w czeskim rządzie. Zastanawialiśmy się po projekcji, czy Helena miała po prostu szczęście trafiając na początku, w 1988, na tak ciekawą osobość? Wszak kręcenie trwało 20 lat, na początku nie dało się powiedzieć jak historia się rozwinie. Czy może zaczęła równolegle 50 takich projektów, a jeden z nich okazał się strzałem w dziesiątkę? Rozważanie o tyle istotne, że to właśnie Rene definiuje film i tworzy scenariusz. Jak mówią: życie piszę scenariusze. Ten film pokazuje to w całej okazałości. Wystarczyło pozwolić mu biec, a na taśmie udokumentować to co widać. Nie chcę tu umniejszać dzieła reżyserki, pomysł wszak miała genialny, przy tym bardzo czasochłonny i emocjonalnie trudny. Na ekranie widzimy owe ściśnięte do półtorej godziny 20 lat, dodatkowo wpływa to na naszą wyobraźnie i odbiór.

Mi ten film pokazał jak bardzo problemy w dzieciństwie mogą nas ukierunkować. Skazać na problemy i porażkę (?) życiową, której pomimo inteligencji i pomocnych ludzi dookoła nie będziemy w stanie rozwiązać. Film stawia de facto pytanie o wartość rodzicielstwa. No może nie pytanie... Wprost pokazuje efekty wypaczonego dzieciństwa.

Moja ocena: 2.3, polecam ze względu na kliniczny wizerunek aspołeczności i patalogii.

piątek, 1 maja 2009

kinonagranicy: Muzika, Juraj Nvota

Uciekając z wywiadu z pozującym na dekadenckiego 20latka Nowickim, odebrałem i zakwaterowałem Anie w naszym ultra komunistycznym hoteliku. W drodze powrotnej na film - telefon i w rezultacie powrót po zapomniane szkło do pokoju. Żeby zdążyć nad Olze musieliśmy w efekcie poznać uroki branży taksówkowej na granicy. Na przykład w aspekcie zakazu przekraczania granicy taksówką.

Projekcja jest ultra odjazdowa. Siedzimy w kilkaset osób pod otwartym niebem, na ławeczkach nad brzegiem Olzy po stronie czeskiej. Na drugim brzegu, 40 metrów dalej, po stronie polskiej, stoi potężny ekran na którym jest wyświetalny film. Głośniki na dużych podstawkach stoją na ziemi niczyjej, czyli w.... środku rzeki. To się nazywa prawdziwie międzynarodowa projekcja. Zastanawiać się tylko można, na który kraj w takiej sytuacji kupuję się licencje do dystrybucji? Wedle widzów? Ekranu? Projektora? Czy może głośników ponad podziałami :-)

Muszę z przykrością przyznać, że z filmu nie pamiętam dużo, no może tyłek dziewczyny która szyła spadachrony dla wojska, ciągle się bzykała, i miała urorcze nazwisko Przepuszczalska :) Ot taka zbawna czeska komedyjka sytuacyjna. Nie żeby film mi się nie podobał. Jak najbardziej. Tyle że było tak zimno, że ratowały nas specjały R przywiezione prosto z Litwy: coś słodkiego smakującego jak oranżada (35% alc :) oraz coś ziołowo-pieprzowego smakującego jak szybko łykany WD40 (50% alc). Śpieszę donieść, iż w trakcie projekcji nie zmarzłem, a po zostałem fanem litewskich trunków :-)

Moja ocena filmu: eeeee, ten tego... a nie moge oceniać napitków???? Albo idei kina transgranicznego? ;-)

P.S. Ciąg dalszy zaległych postów z kina na granicy w najbliższych dniach.

kinonagranicy: Jeszcze nie wieczór, Jacek Bławut

Zmęczeni depresją po Marcie Meszaros, musielismy naładowac na nowo nasze akumulatory. Cóż zrobi to lepiej niż dwa kufle (na głowę :) zimnego czeskiego piwa, wypitego 10 metrów od serca czeskiego cieszyna (czyt. rynku), podanego przez uroczą czeską holkę oraz okraszonymi narodowym czeskim daniem (w polskiej percepcji rzecz jasna), czyli smazonym serem, z frykałkami i tatarską omastą. Mniam mniam mniam. Aż przykro było kończyć tę ucztę, no ale festiwal wzywa...

Trafiamy na film polski. Nie żeby przypadkowo, ot taki wybór. Znowu teatr, tym razem miejsca w loży na piętrze (czy wspominałem juz o moim tyłku?). Przed projekcją na scene wpada w trampkach Nowicki.... Eeee On jest taki stary??? Zwłaszcza że widzieliśmy go na poprzednim filmie w roli Zdenka, gdzie wyglądał na 20 lat młodziej. Tutaj to już wiekowy dziadzio :) Żwawo się rusza, ubiera i zachowuje o kilkadziesiąt lat młodziej, no ale lata lecą :-) I kto to mówi, hehe ;-) Jak widac odpowiedni retusz, makijaż, światło - czynią cuda. Przynajmniej cuda z kategorii chirurgii estetycznej. Ekranowej rzecz jasna.

Anyway, do rzeczy, czyli filmu. Filmu o ... starości. Rzecz ta bowiem opowiada historie z domu spokojnej starości aktora. Że niby jest gdzieś tam taki przytułek do którego trafiają aktorzy. Teatralni, kinowi, a może o zgrozo i Ci z telenowel. Zmęczeni życiem, starzy, pomarszczeni niczym potrójnie zwinięta wstęga Mobiusa. Wciąż jednak głodni poklasku i adoracji, a tym samym alienujący sie od widzów. Któż bowiem z aktorskim ego chciałby bowiem być oglądany w takim stanie przez swoich fanów. Jak widać grupką się znalazła... Swoją drogą powiedzmy że nie mają żadnej rodziny, chętnej spadku (aktorstwo nie kojarzy mi się z ubóstwem), która się nimi zatroszczy i otoczy normalną rodzinną opieką, miast zesłaniem na obczyzne. Jassssne ;-)

Niby że starość bez sentymentu, piszą na filmwebie o filmie. Bujda na resorach powiadam Wam. Sentyment wali w oczy: że niby starość piekna jest i nie należy się jej bać w dobie kultu młodości. Bohaterami są tutaj ludzie starsi. Starzy wręcz. A teatralność w wielu miejscach wychodzi jednak zza kamery i w efekcie zdecydowanie nie nazwałbym tego obrazem niezafałszowanej starości. Choćby ze względu na aspekt humorystyczny oraz mocno promowany optymizm. Ot zamiast kultu młodości, dostajemy jego sprzeciw i promocje kultu starości. Z deszczu pod rynne... Ze skrajności w skrajność. Jest jednak drobna różnica o której chyba zapomnieli: młoda dupcia jest jednak bardziej apetyczna. Dosadne? Cyniczne? Ależ oczywiście, ale jakże ludzko prawdziwe.

Film jest okraszony masą drobnych gagów. Szczególnie zabawnych dla polskiego widza, zwłaszcza jeśli obeznanego z filmowym światkiem. Należy mu jednak przyznać iż otwiera oczy na starość. Własną, ale i cudzą. I.... pozytywnie do niej nastraja (o zgrozo, zdrada moich ideałów nadchodzi). Nie powala też na kolana ciosem w potylice łoma z podpisem 'film z morałem' za co część i chwała reżyserowi (cisze w więzeniu po sztuce, pomijam milczeniem, odpowiednio do ultra sztucznej reakcji więźniów). Suma sumarum, da się jednak wytrzymać, nawet pośmiać, a i brak moralizatorstwa chwalebny. Może skróciłbym o kilka minut, ale zrzucam to na karb tego że bolała mnie głowa. I dupa (krzesło w loży).

Moja ocena: 2.3, humorystyczny, polecam dla zabawy z twarzami polskiego kina oraz kultem starości.

kinonagranicy: Kisvilma - Az utolsó napló, Márta Mészáros

Po Drużniku zostaliśmy dalej w teatrze by obejrzeć coś co wg opisu zapowiadało się na ładne zdjęcia z gór. Tak więc krzesełka w teatrze dalej gniotły nas w tyłki :) tym razem na blisko 9 letniej już koprodukcji przy polskim udziale.

Film opowiada historie na krańcu świata: w odległej Kirgizji, czy może kirgistanie? Końcówka lat 30, w zabitym dechami krańcu Rosji, gdzie jak powiedzieli, dalej to już tylko Chiny. Z kilku miejsc w Europie przybywa tam grupka ludzi, emigrantów chcących zbudować nowe życie i nowy ład na bazie komunistycznych idei, wolności i równości. Niestety budzący się totalitarny potwór Stalinowskiej Rosji krzyżuje te plany. Widzimy przez pryzmat Małej Vilmy, tytułowej bohaterki, jak radość i beztroska zmienia się w zdziwienie, zwątpienie, strach, przerażenie i niestety w wielu miejscach zagłade. Stalinowski walec przejeżdża bez litości przez, niestety należy powiedzieć, naiwnych idealistów z Europy.

Całość pokazana z perspektywy dziecka, pozbawionego dzieciństwa, ze zbyt wcześnie postawionymi problemami, smutkiem i katastrofą. Mała vilma w ogóle świetnie gra. Pełna kopia swojej Matki - niezłe aktorstwo jak na taki wiek. Film jest mocno emcjonalny i nie trzeba być Polakiem czy Węgrem by to czuć. Jest sporo wyciskających łez z oczu scen. Stopniowe dozowanie cierpienia mocno przestawia widza w stan wzruszenia i smutku. Jeśli ktoś lubi się rozczulać, albo oglądac tzw. wyciskające łzy z oczu sceny: na pewno znajdzie tu coś dla siebie.

Niestety gra aktorska pozostawia dużo do życzenia. Zwłaszcza role hiszpan w polskim wydaniu... feeee. Tego się nie kupuje... Jednak przymykając na to oko, skupiając się na scenariuszu oraz na przepięknych widokach, można filmem się cieszyć. I to pomimo jego ponurego wydźwięku. Dla mnie krajobrazy były miodzio. A ile tam było (i jest na pewno nadal!!!) miejsc do latania, no po prostu dziewczy raj dla paralotniarstwa ;-)

Moja ocena: 2.3 - z dużym ładunkiem emocji oraz ładnymi zdjęciami, polecam.

kinonagranicy: Hlídač č. 47, Filip Renč

Rano pobudka przed 7mą, ultra szybkie pakowanie tak by o 7:30 być pod akademikiem R. Droga do Cieszyna zabrała nam niecałe 2h, zanim jednak się zakwaterowaliśmy, odebraliśmy karnety, było już za późno by zdążyć na film o 10. Wybraliśmy więc zasilenie organizmu w niezbędne płyny :) a do cieszyńskiego teatru na Dróżnika dotarlismy na 12stą.

Film ciekawy, sam w sobie nie ponury, mimo iż właśnie ponurość była dla mnie jego hasłem przewodnim. Jesienno zimowe klimaty, mało światła, gra cieni tak by oddać demoniczność postaci. Dla mnie ten film jest m.in. o przeznaczeniu. Czy możemy go uniknąć? Czy sami jesteśmy kowalem własnego losu? Czy jednak jesteśmy skazani na to co nam pisane. Historia powoli toczy się w stronie nieuchronnego finału. Nie wiemy jaki on będzie, ale smutek, brud, skazanie na porażke dobitnie podpowiada czego możemy się spodziewać. W tym filmie każda postać jest przegrana. Jedni na własne życzenie. Inni ze względu na życzenia ich bliskich.

Historia przedstawia sprowadzającego się do małego miasteczka drużnika. Razem z piękną żoną próbują wejść w małomiasteczkowy klimat, gdzie każdy ma swoją rolę. Szynkarz. Kościelny. Baby spod kościoła. Grabarz. Jednocześnie tytułowy drużnik ma swoją przeszłość, od której próbuje uciec, wejście w miasteczko nie jest więc dla niego proste. Jak to zawsze bywa Życzliwi podkładają kłody. NieŻyczliwi także. Życie dokłada swoje. A pociągi jak jeździły tak jeżdzą. Tylko dróżnik czasami zaśpi.

Moja ocena: 2.2, za ładny obraz ponurości i ciekawa historia.

sobota, 25 kwietnia 2009

offpluscamera: Afterschool, Antonio Campos

Szybka decyzja czy zmykam już na imprezę w Magnoliach, czy może jednak Afterschool: ostatnią pozycja konkursowa, której jeszcze nie widziałem. Ponieważ zakładam że impreza nie zając i nie ucieknie, a Afterschool jeśli odłożę to już nie zobaczę, wybieram kino, a wcześniej domyślnie ląduje na jak zwykle dużą Latte w Tribece.

Przed filmem kilka słów od reżysera (niestety w fatalnej offplusowej formie, ech, organizatorzy jeszcze trochę się muszą nauczyć...) które jak mam być szczery źle mnie ukierunkowały na odbiór filmu. Film w zamierzeniu reżysera, jak sam powiedział, miał bowiem przedstawiać zgubny (khem khem) wpływ nadmiernego korzystania z internetu. W rezultacie powstał obraz nie specjalnie offowy, trafiający w coś w rodzaju społecznie zaangażowanego psychologicznego thrillera dla młodzieży. Wyobcowanie młodzieży i pogoń za zabawą z przemożną chęcią bycią cool manifestuje sięw filmie wyraźnie stanowiąc główny jego element. Całość historii, w tym kilka przydługich wirtualnych scen erotycznych, nie spowodowała jednak u mnie przekonania to internet jest odpowiedzialny za opisane wypadki. Ogólnie nie kupiłem przekazu reżysera, że to media są winne za tragiczne sytuacje dziejące się w naszym życiu tak jak przedstawiono to na ekranie. Dla mnie, film pokazuje, że to właśnie kultura popularności, chęć zaistnienia i wyróżnienia się, lęk przed wykluczeniem z grupy, są przyczyną problemów. Internet to tylko jedno z mediów.

Historia przedstawiona przez Camposa rysuje jedną z wielu ekskluzywnych amerykańskich szkół z internatem. Buzujące hormony, samotny nastolatek z kompleksami. Jego popularny kumpel. Tragedia. No i zagadka, prawie że kryminalna. Główny bohater jest przeraźliwie samotny i wchodzi w dorosłe życie (seksualne też) ucząc się go na trudnych przypadkach, gdzie brak zaufania do innych jawi się cnotą. Zakończenie ciekawe. Wymowa nie znana. Przynajmniej dla mnie :-)

Moja ocena: 2.2 za ciekawy scenariusz i to że mimo 120 minut nie nudziłem się choć film był ooo, niczym?.

offpluscamera: The Messenger, Oren Moverman

Na skałach zostaliśmy dzisiaj troche dłużej, ucząc się na koniec z Kasią zakładania stanowisk na drogach wielowyciągowych, które będziemy w praktyce wykorzystywali jutro. Tym samym na festiwal doczłapałem się dopiero na film o 19ej, gdzie miałem spory dylemat co wybrać. Rzutem na taśme dotarłem tuż przed 7mą do Sztuki na konkursowy The Messenger.

Śmiało mogę powiedzieć, że film jest naprawdę niezły. Trochę odstaje jednocześnie od reszty filmów festiwalowych. Moim niewprawnym okiem widać w nim solidne amerykańskie rzemiosło filmowe rodem z Hollywood. Bardzo ciekawa i nietuzinkowa historia (o tym za chwilę), solidnie przygotowany scenariusz, bardzo sprawne zdjęcia i przyzwoity poziom aktorski to niewątpliwe zalety tego filmu. Mimo poważnej tematyki rzekłbym że jest aż cukierkowo idealny. Dwa osobne papierki, słodki smak i przystępna cena. Daleki byłbym jednak od nazwania tego filmu czymś co powinno stanowić sedno festiwalu niezależnego. Ten film ma spore szanse zarobić w dystrybucji, co sądzę że będzie miało miejsce także i na polskim rynku.

W warstwie fabularnej, film opowiada kilkanaście epizodów z pracy dwuosobowego, męskiego zespołu armii amerykańskiej, którego zadaniem jest powiadamianie amerykańskich rodzin o śmierci ich bliskich (tu wojna w iraku czy też afganistanie). Oczywiście amerykański patos, trochę trąci, ale nawet jeśli w pierwszym momencie miałem wątpliwości czy film wyciśnie ze mnie troche emocji, to muszę przyznać że kupuję się to. I te cudze cierpienia doświadczane przez pryzmat ekranu naprawdę bolą. W takich chwilach myślę czy to nie dlatego oglądamy takie filmy by móc potem docenić własne życie. Anyway praca takiego zespołu, która najpierw jawi się jako całkiem proste zadanie, okazuje się być bardzo trudnym i emocjonalnie ciężkim doświadczeniem. Bezsilność i namacalny ból osób które dowiadują się o śmierci swoich najbliższych jest ostrą wyżymaczką i testerem charakteru.

Niestety film w wielu miejscach chce być nadmiernie poprawny i zaliczyć wszystkie elementy z podręcznika 'jak-napisać-dobry-scenariusz'. Mamy więc konflikt charakterów, spaprane życie, patriotyzm, bójkę, nieodłączne gagi by rozruszać przepone widza oraz emocjonalnie silny temat. Efekt jest jednak jak duże zielone jabłko z supermarketu. Genetycznie wyhodowane tak by było idealne, ładne, świecące i o jednolitym kolorze pożądanym przez konsumenta. Ja osobiście wolałbym troche brudu i niedoskonałości w warsztacie. Brakło mi takiej filmowej szorstkości.

Moja ocena: 2.3 - pomimo tych wszystkich wad, film można śmiało polecić - ostrzegam, jednak że jest smutny (brać chusteczki!)

piątek, 24 kwietnia 2009

offpluscamera: La Nana, Sebastian Silva

Obżarty gruzińskimi specjałami kilka minut przed dziesiątą zająłem miejsce w Reducie nie będąc specjalnie pewnym czego się tu spodziewać. Kilka słów wprowadzenia od reżysera no i zaczynamy.

Chillijskie dzieło, zaklasyfikowałbym do nurtu kina kobiecego. Mimo iż reżyserem jest mężczyzna :-)
Dość dojrzale nakręcony film, ze starannym scenariuszem, bardzo czytelnymi rysami postaci i przekonywującą historią. Zahacza dla mnie troche o pesymistyczne postrzegania świata jakie dotyka wielu ludzi na początku druigiej połowie życia (40+). Wtedy gdy nagle dostrzegasz że teraz będzie tylko gorzej, bardziej samotnie, bezsensownie. Szukasz więc ukojenia próbując znaleźć inny sens: tutaj w złośliwości, obronie za wszelką siłą własnego skostnienia i niechęci do wyjaścia poza ramy własnego zachowania.

Obraz traktuje o niani, czy może raczej o pomocy domowej bo dzieci w domu są już nastoletnie. Pełno-etatowej, mieszkającej przy chilijskiej rodzinie, w większym domu. Obsewujemy czterdziestoletnią kobiete w różnych sytuacjach, dookoła narastającego konfliktu rodzącego się w domu. Animozje i kłótnie, kobiece złośliwości ;-) Komiczne bójki, walka o własny teren. Sojusznicy i wrogowie.

Moja ocena: 2.2 - tematyka mnie nudziła.

środa, 22 kwietnia 2009

offpluscamera: Unmade Beds, Alexis Dos Santos

Lekko już śnięty (Latte nie pomogło) zmykam do Reduty na ostatni środowy seans. Zrezygnowałem dzisiaj z sekcji by obejrzeć te kilka filmów. Wyrzeczenie w jakie sam nie moge uwierzyć ;) ale skoro obiecałem sobie przeprosić się z kinem, a także wiem że od piątku będę każdego dnia rankiem opalał plecy wisząc na skałach w Jurze, wybór był prostszy.


I była to bardzo dobra decyzja, bo Unmade Beds, to jedna z lepszych pozycji na festiwalu. Kino miejskie, dialogowe, egzystencjane o poszukiwaniu bliskości z innymi, a także samego siebie. Bardzo fajna muzyka, sporo świetnych pomysłów sytuacyjnych i niezłe zdjęcia to atuty tego filmu. Historia miejscami może razić sztampowościa, no i zakończenie takie jakieś hollywoodzkie, ale zasadniczo film ogląda się bardzo miło. Uczucia i emocje na pierwszym planie. Ot typowe kino o ludziach z jednej strony normalnych, ale z drugiej mających w życiu tę odrobinę szaleństwa, której sami im zazdrościmy. Zwłaszcza że to oni sami ją tworzą.

Całość filmu przeplatają dwe historie dzięjące się w Londynie. Młodego Hiszpana który przybył tu by szukać swojego ojca, oraz młodej Belgijki szukającej na nowo sensu miłości po porażce. Osadzone w młodzieżowym środowisku ludzi młodych z dala od rodzin, często samotnych, imprezujących maksymalnie - alternatywnie - codziennie. Życie na squacie pokazane jako barwna przygoda, wywołuje chęć ucieczki z naszych codziennych kajdanów pracy i rodzin. W dużej mierze jest to jednak obraz cukierkowy i warto o tym pamiętąć zanim wykrzyczy się szefowi w twarz by poszedł ciągnąć ... a my z biletem polecimy na drugi koniec świata.

Moja ocena: 2.3 - polecam bo kupiłem całą historię a i bohaterów polubiłem.

offpluscamera: Big Heart City, Ben Rodkin

Szybka migracja prosto z biura i za pięć siódma jestem w Sztuce. W pracy działo się tyle, że zapomniałem iż miałem być dzisiaj zmęczony :-) Na nogach od 7am, a poszedłem spać o 2ej. Siedzę teraz jak zwykle w Tribece i wcinam piernika (czyli ciasto marchewkowe) wlewając w siebie Grande Latte. Musi starczyć na następną projekcję (Unmade beds). Tymczasem opisze poprzedni Big Heart City.

Jaki był ten film? Dziwny. Amerykańskie kino niezależne(?) jest za każdym razem inne. Tym razem trafiłem na kino społeczno-psychologiczne. Spokojnie opowiadziana historia. Powolne, choć nie ślimacze ujęcia. Dialogi, choć rzadkie, wystarczające. Raptem 2 bohaterów, kilka scen na krzyż. Ot i cała otoczka. Film pesymistyczny, choć niby nie ma niczego strasznego. Króluje za to samotność (IMHO główny bohater filmu) wyobcowanie i postępujące szaleństwo. Całość skłania do smutku. Zwłaszcza jeśli można odnaleźć w historii swoje własne elementy. Całość nastroju budowana jest nie poprzez tekst i dialogi, ale powolne sceny, pokazujące otoczenie i drobne czynności.

Historia opowiada o Franku, który wrócił do swojego miasteczka po dłużej nieobecności. Szuka swojej dziewczyna która była z nim w ciąży. Znajduje kiepską pracę. Dzień po dniu widzimy drobne rzeczy które z jednej strony nie pasują do tego co mówi Frank, a z drugiej budują spójną wizję jego charakteru. Zmyśla? Ale w czym? Wariuje? Co będzie za chwile? Film nie opiera się na zaskoczeniu, powoli przedstawia swą historie. Miejscami męczy spokojem, ale nie zanudza. A przynajmniej nie zanudza na śmierć.

Walory artystyczne? Wątpliwe. Zamiłowanie do sepii, bliskich ujęć twarzy i miejskich krajobrazów jest... normalne? Czy może to już moje zboczenie festiwalowe. Ot taki typowy film festiwalowy.

Moja ocena: 2.1, nudny, pesymistyczny, może nastroić smutkiem więc ode mnie nie może oczekiwac dobrej noty. Może kiedy indziej.

wtorek, 21 kwietnia 2009

offpluscamera: Young Soul Rebels, Issac Julien

Szybka migracja z Pauzy do Alchemii, gdzie zasilony żołądkową z kawą (w sumie nie wiem kto z nas (R&R) z nas wymyślił tę szaloną kombinację :-) znikam w magicznej filmowej piwnicy Kazimierza. To miejsce dobrze mi się kojarzy, na przykład koncertem Motion Trio kilka lat temu, nawet zdjęcie gdzies mam, zaszyfrowane na trucryptowej partycji z 11 literowym "zgubionym" hasłem :)

Anyway, nie o tym miało być. Young Soul Rebels to moja pierwsza pozycja z sekcji Queer na tym festiwalu. Tych tych co terminu nie kojarzą, odsyłam do hasła queer wikipedii wklejając tutaj malowniczo brzmiący skrót: W naukach humanistycznych słowo queer jest zbiorczym terminem określającym przedmiot badań socjologicznych, psychologicznych, antropologicznych, kulturowych i krytycznoliterackich skupionych na analizowaniu i proliferacji ustalonych społecznie tożsamości oraz opozycji płciowych i związanych z seksualnością (kobieta – mężczyzna, płeć męska – płeć żeńska, heteroseksualność – homoseksualność itp.), w tym przede wszystkim konstrukcji subwersywnych tożsamości. Mniam :)

Chciałem zobaczyć jaka będzie ta sekcja, trafiłem na film który ma swoje lata i jest, hmmmm specyficzny. By deliketnie to ująć. Gdyby nie tematyka, nazwałbym to typowym filmem telewizyjnym dla nastolatków, nakręconym gdzieś w latach 70..80. Sztampowy scenariusz (na mocnej podbudowie kryminalnej - więc jeśli ktoś lubi kryminały to się ucieszy) proste rysy psychologiczne postaci, mnóstwo dialogów, mase zdarzeń, szybko kręcone ujęcia, mocno i emfatycznie wypowiadane poglądy, a na tle pierwszym: historia. ALE ten film jest jednak inny. Wszystko zmienia w nim tematyka queer. Ona powoduje że na całość patrzysz inaczej. Bez tematki Queer na ten film nawet bym nie spojrzał. A tak? A tak nie jest może dużo lepiej, no ale wysiedziałem do końca - w końcu to festiwal oraz Alchemia ;-)

To co się rzuca w oczy to przerysowanie postaci. Makabrycznie silnie. Śmieszne, ale autentyczne. W połączeniu z wątkiem kryminalnym, wszechobecnym wątkiem gejowskim i szybko zmienianymi krótkimi scenami tworzy specyficzny klimat. Czy to jest klimat Queer? Nie wiem bo za mało tego obejrzałem. Czy jest miły w dotyku? Trudno stwierdzić. Miejscami jednak nudny: nie wiesz czy jesteś tu dla gejów? Czy dla kryminału? Czy dla kina? Czy dla glamour?

W warstwie scenariusza historia jakich setki, ot konflikty między przyjaciółmi. Problemy z pieniędzmi, miłością, a na pierwszym planie pytanie kto zabił. Kino dla nastolatków :)

Moja ocena: 2.1, może był dla mnie zbyt stary?

offpluscamera: Gigante, Adrian Biniez

Ha, film był niezły! Zwłaszcza, że mogliśmy go z Mako przegadać w Pauzie tuż po projekcji. To między innymi dlatego kino samemu ustępuję dużo kinu we dwoje. Troje, Czworo i whatoro byle > 1. Jest z kim zweryfikować swój odbiór. Zapytać się o coś. I przede wszystkim usłyszeć rzeczy, których samemu się nie dostrzegło lub niezrozumiało. W ogóle to (w)staję na głowie by pogodzić festiwal z pracą. Rano na nogach o 5am, cały dzień w Wawie (i PKP :), wróciłem o 18ej, zrzuciłem z siebie garnek, dokończyłem i wysłałem ofertę do czerwonych (wykorzystuje każde wolne 10 minut) zamawiając w tle taksówke tak by zdążyć na 19stą do centrum. Warto było.

Obejrzany film nastraja optymistycznie, mimo iż doszedłem do tego dopiero później, a na pewno nie myślałem tak w środku oglądania, spodziewając się raczej jakiejś katastrofy na końcu. Jest to IMHO klasyczne kino z historią na pierwszym planie. Jak na reżyserski debiut, obraz bardzo dojrzały. Scenariusz wytrzymuję walkę z moim tyłkiem i zaciekawia mnie swoją historią na tyle, że ani przez chwilę nie zastanawiam się nad tym która godzina. A nie ma w środku ani jednej sceny pogonii samochodowej :) Miejska sceneria, nawet jeśli nocna, sprawia że taki miejski zwierz jak ja, czuje się na widowni jak u Mamy za piecem. Emocje bohatera, stanowiące istotny element całości, są bardzo zmyślnie pokazane. Bez słów, a jednak wiesz co On myśli i czuje. Czy jest to film o samotności? Raczej nie. O miłości? Chyba tak. O Odmienności i nieśmiałości? Ooo, prawie napewno. Jeśli tego typu emocje są komuś miłe, film na pewno się spodoba.

Opowiada historie nocnego ochroniarza w supermarkecie. Samotność, spotkania z rodziną. Nuda? Ale pojawia się Ona, kompulsywnie podglądana przez naszego bohatera. W którą strone się to rozwnie? Czy Jara (swoją drogą co za imie jak na faceta który waży 100kg+) przełamie swoją nieśmiałość? Bohater od początku budzi sympatie widza. Głównie chyba swoją nieporadnością i uczciwością. Film nie przelewa się gagami, ale tych kilka, no, może naście scenek rekompensuje to z naddatkiem. Scena z młodocianymi przestępcami na ulicy: priceless :)

Moja ocena: 2.2, pozwala zrozumieć innych ludzi.

niedziela, 19 kwietnia 2009

offpluscamera: Medicine for Melancholy, Barry Jenkins

Przedostatni seans w niedziele o 19:00 w Reducie, na który dotarłem minute przed startem tylko dlatego, że R odesłała mnie z przystanku zanim przyjechał jej tramwaj. Z brzuchem pełnym greenway'owych specjałów zwaliłem się więc na wygodny fotel i doprawdy brakowało mi tylko kieliszka czegoś zimnego by mile rozpocząć seans. Swoją drogą greenway wciąż prosperuje, a ostatni raz byłem tam przecież jeszcze z Bojanką w 2002?


Medicine for Melancholy zapowiadał się trochę romantycznie. Tytułem i opisem z festiwalowego skrótowca. Że niby para budzi się rano w obcym mieszkaniu, nie znając siebie, po zapewne upojnej nocy, a następnie po porannej toalecie wychodzi razem. Kolejne 24h mają pokazać czy można być razem po takiej przygodzie. Jak się poznać? O czym rozmawiać? Kogo zostawić, a z kim być. Tak pisany scenariusz może wydawać się mocno oklepany, ale zapewniam Was, że ten film nie jest sztampowy i warto zapoznać się z wizją reżysera.

Który, kilka dni później, osobiście w Pauzie opowiedział mi m.in., ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu, że film powstał przy budżecie 15k USD w ciągu kilku tygodni z kilkoma aktorami oraz San Francisco w tle (element miejski jest tu baaardzo istotny). Po prostu szok. Przy takich kwotach i takim filmie, odpaliłem, to ja z przyjemnością zostanę producentem! Dostałem więc wizytówkę od Barryego - choć sądzę iż po takim debiucie nie będzie miał żadnych problemów ze zdobyciem dużo większych funduszy na swoje kolejne filmy. Obraz jest bardzo dojrzały i na prawde nie widać debiutanckiego podejścia (no przynajmniej ja nie widziałem). Historia zaś jest tak prawdziwa, że aż nie do uwierzenia, ale tutaj moje podejrzenia Barry rozwiał przyznając iż rzeczywiście pisało ją życie. W każdym razie śliczna historia. Ciepła i na pewo nie przygnębiająca. Zdjęcia są zreszta równie śliczne. Miejscami czarno-białe, miejscami sepia, rzadki kolor. Miodzio dosłownie i w przenośni.

Moja ocena: 2.3, a może nawet i 3? - naprawdę polecam i reżysera będę śledził. Odkrycie festiwalu.

offpluscamera: Beijing Bicycle, Xiaoshuai Wang

Wybór nie był prosty, zwłaszcza, że to dopiero drugi dzień festiwalu. Nie wiem więc ile docelowo obejrze filmów, ani na co tak naprawde chciałbym chodzić. Moja tęsknota za kinem azjatyckim ciągnie mnie jednak silniej na Rower z Pekinu. Na tyle silnie że zaciągam też ze sobą R, ku późniejszemu jej częściowemu rozczarowaniu :-)

Dla mnie Beijing Bicycle to kino rzeczywiście azjatyckie. Z nie-europejską interpretacją rozterek moralnych, z przedłużającymi się ujęciami dającymi widzowi czas do namysłu i interpretacji. Z pięknymi chinkami i równie ślicznymi chińczykami :-)

W warstwie fabularnej, ciekawa historia, rodem z greckiego dramatu. R mnie co prawda potem (skutecznie, ale Ciiii, mam nadzieje że tego nie przeczyta :-) przekonywała, iż jedna ze stron dramatu miała więcej racji po swojej stronie, co jednak nie psuło zabawy i dylematów stawianych za pośrednictwem bohaterów przed widzem. Pekin, młodzi ludzie, szkoła, miłość, pierwsza praca, bieda, marzenia i błędy w wyborach mszczące się w kolejnych scenach. Rozwijająca się Tragedia przez duże T. Oczekiwanie na Katastrofę. To cała historia w skrócie. Dużym. Aha, no i wszędzie te rowery :-)

Fajny morał na później z dziewczyną z apartamentowca: próbuj i się nie zakładaj nieosiągalności celu przed próbą jego dosięgnięcia. Spróbuje więc sięgnąć cel po lewej :-)

Moja ocena: 2.2 bo lubie kino azjatyckie.