piątek, 1 maja 2009

kinonagranicy: Jeszcze nie wieczór, Jacek Bławut

Zmęczeni depresją po Marcie Meszaros, musielismy naładowac na nowo nasze akumulatory. Cóż zrobi to lepiej niż dwa kufle (na głowę :) zimnego czeskiego piwa, wypitego 10 metrów od serca czeskiego cieszyna (czyt. rynku), podanego przez uroczą czeską holkę oraz okraszonymi narodowym czeskim daniem (w polskiej percepcji rzecz jasna), czyli smazonym serem, z frykałkami i tatarską omastą. Mniam mniam mniam. Aż przykro było kończyć tę ucztę, no ale festiwal wzywa...

Trafiamy na film polski. Nie żeby przypadkowo, ot taki wybór. Znowu teatr, tym razem miejsca w loży na piętrze (czy wspominałem juz o moim tyłku?). Przed projekcją na scene wpada w trampkach Nowicki.... Eeee On jest taki stary??? Zwłaszcza że widzieliśmy go na poprzednim filmie w roli Zdenka, gdzie wyglądał na 20 lat młodziej. Tutaj to już wiekowy dziadzio :) Żwawo się rusza, ubiera i zachowuje o kilkadziesiąt lat młodziej, no ale lata lecą :-) I kto to mówi, hehe ;-) Jak widac odpowiedni retusz, makijaż, światło - czynią cuda. Przynajmniej cuda z kategorii chirurgii estetycznej. Ekranowej rzecz jasna.

Anyway, do rzeczy, czyli filmu. Filmu o ... starości. Rzecz ta bowiem opowiada historie z domu spokojnej starości aktora. Że niby jest gdzieś tam taki przytułek do którego trafiają aktorzy. Teatralni, kinowi, a może o zgrozo i Ci z telenowel. Zmęczeni życiem, starzy, pomarszczeni niczym potrójnie zwinięta wstęga Mobiusa. Wciąż jednak głodni poklasku i adoracji, a tym samym alienujący sie od widzów. Któż bowiem z aktorskim ego chciałby bowiem być oglądany w takim stanie przez swoich fanów. Jak widać grupką się znalazła... Swoją drogą powiedzmy że nie mają żadnej rodziny, chętnej spadku (aktorstwo nie kojarzy mi się z ubóstwem), która się nimi zatroszczy i otoczy normalną rodzinną opieką, miast zesłaniem na obczyzne. Jassssne ;-)

Niby że starość bez sentymentu, piszą na filmwebie o filmie. Bujda na resorach powiadam Wam. Sentyment wali w oczy: że niby starość piekna jest i nie należy się jej bać w dobie kultu młodości. Bohaterami są tutaj ludzie starsi. Starzy wręcz. A teatralność w wielu miejscach wychodzi jednak zza kamery i w efekcie zdecydowanie nie nazwałbym tego obrazem niezafałszowanej starości. Choćby ze względu na aspekt humorystyczny oraz mocno promowany optymizm. Ot zamiast kultu młodości, dostajemy jego sprzeciw i promocje kultu starości. Z deszczu pod rynne... Ze skrajności w skrajność. Jest jednak drobna różnica o której chyba zapomnieli: młoda dupcia jest jednak bardziej apetyczna. Dosadne? Cyniczne? Ależ oczywiście, ale jakże ludzko prawdziwe.

Film jest okraszony masą drobnych gagów. Szczególnie zabawnych dla polskiego widza, zwłaszcza jeśli obeznanego z filmowym światkiem. Należy mu jednak przyznać iż otwiera oczy na starość. Własną, ale i cudzą. I.... pozytywnie do niej nastraja (o zgrozo, zdrada moich ideałów nadchodzi). Nie powala też na kolana ciosem w potylice łoma z podpisem 'film z morałem' za co część i chwała reżyserowi (cisze w więzeniu po sztuce, pomijam milczeniem, odpowiednio do ultra sztucznej reakcji więźniów). Suma sumarum, da się jednak wytrzymać, nawet pośmiać, a i brak moralizatorstwa chwalebny. Może skróciłbym o kilka minut, ale zrzucam to na karb tego że bolała mnie głowa. I dupa (krzesło w loży).

Moja ocena: 2.3, humorystyczny, polecam dla zabawy z twarzami polskiego kina oraz kultem starości.

Brak komentarzy: