
I była to bardzo dobra decyzja, bo Unmade Beds, to jedna z lepszych pozycji na festiwalu. Kino miejskie, dialogowe, egzystencjane o poszukiwaniu bliskości z innymi, a także samego siebie. Bardzo fajna muzyka, sporo świetnych pomysłów sytuacyjnych i niezłe zdjęcia to atuty tego filmu. Historia miejscami może razić sztampowościa, no i zakończenie takie jakieś hollywoodzkie, ale zasadniczo film ogląda się bardzo miło. Uczucia i emocje na pierwszym planie. Ot typowe kino o ludziach z jednej strony normalnych, ale z drugiej mających w życiu tę odrobinę szaleństwa, której sami im zazdrościmy. Zwłaszcza że to oni sami ją tworzą.
Całość filmu przeplatają dwe historie dzięjące się w Londynie. Młodego Hiszpana który przybył tu by szukać swojego ojca, oraz młodej Belgijki szukającej na nowo sensu miłości po porażce. Osadzone w młodzieżowym środowisku ludzi młodych z dala od rodzin, często samotnych, imprezujących maksymalnie - alternatywnie - codziennie. Życie na squacie pokazane jako barwna przygoda, wywołuje chęć ucieczki z naszych codziennych kajdanów pracy i rodzin. W dużej mierze jest to jednak obraz cukierkowy i warto o tym pamiętąć zanim wykrzyczy się szefowi w twarz by poszedł ciągnąć ... a my z biletem polecimy na drugi koniec świata.
Moja ocena: 2.3 - polecam bo kupiłem całą historię a i bohaterów polubiłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz