środa, 22 kwietnia 2009

offpluscamera: Big Heart City, Ben Rodkin

Szybka migracja prosto z biura i za pięć siódma jestem w Sztuce. W pracy działo się tyle, że zapomniałem iż miałem być dzisiaj zmęczony :-) Na nogach od 7am, a poszedłem spać o 2ej. Siedzę teraz jak zwykle w Tribece i wcinam piernika (czyli ciasto marchewkowe) wlewając w siebie Grande Latte. Musi starczyć na następną projekcję (Unmade beds). Tymczasem opisze poprzedni Big Heart City.

Jaki był ten film? Dziwny. Amerykańskie kino niezależne(?) jest za każdym razem inne. Tym razem trafiłem na kino społeczno-psychologiczne. Spokojnie opowiadziana historia. Powolne, choć nie ślimacze ujęcia. Dialogi, choć rzadkie, wystarczające. Raptem 2 bohaterów, kilka scen na krzyż. Ot i cała otoczka. Film pesymistyczny, choć niby nie ma niczego strasznego. Króluje za to samotność (IMHO główny bohater filmu) wyobcowanie i postępujące szaleństwo. Całość skłania do smutku. Zwłaszcza jeśli można odnaleźć w historii swoje własne elementy. Całość nastroju budowana jest nie poprzez tekst i dialogi, ale powolne sceny, pokazujące otoczenie i drobne czynności.

Historia opowiada o Franku, który wrócił do swojego miasteczka po dłużej nieobecności. Szuka swojej dziewczyna która była z nim w ciąży. Znajduje kiepską pracę. Dzień po dniu widzimy drobne rzeczy które z jednej strony nie pasują do tego co mówi Frank, a z drugiej budują spójną wizję jego charakteru. Zmyśla? Ale w czym? Wariuje? Co będzie za chwile? Film nie opiera się na zaskoczeniu, powoli przedstawia swą historie. Miejscami męczy spokojem, ale nie zanudza. A przynajmniej nie zanudza na śmierć.

Walory artystyczne? Wątpliwe. Zamiłowanie do sepii, bliskich ujęć twarzy i miejskich krajobrazów jest... normalne? Czy może to już moje zboczenie festiwalowe. Ot taki typowy film festiwalowy.

Moja ocena: 2.1, nudny, pesymistyczny, może nastroić smutkiem więc ode mnie nie może oczekiwac dobrej noty. Może kiedy indziej.

Brak komentarzy: