niedziela, 31 maja 2009

krakowski festiwal filmowy: a mialem dac sobie luz...

Po ostatnich bardzo intensywnych festiwalowo dwóch miesiącach obiecywałem sobie, że aż do wrocławskich Nowych Horyzontów spokój z kinem. A tu dwa dni temu w piątek SMS, a w nim: "Krakowski Festiwal Filmowy czas zacząć :) Na czym będziesz?". SHIT, zapomniałem o KFF... Kilka SMSów dalej, zostałem szczęśliwym posiadaczem karnetu na wszystkie projekcje :-)


Niedziela właśnie się skończyła, jestem więc już po dwóch dniach festiwalu. Trochę niepełnych, bo w sobote rano leczyłem kaca na ściance ;-) Zasadniczo przez cały weekend pogoda na południu Polski była do bani, więc nie miałem parcia na latanie, a nawet gdyby był tzw. WARUN (czyt. warunki pogodowe do latania) to przecież za 5 dni jestem w Rumunii gdzie mam zamiar latać w magicznych Karpatach bite 10 dni, aż mi to bokiem wyjdzie. Tym samym festiwal wypełnił mi prawie cały weekend, a i kolejne dni pod jego znakiem upłyną.

Festiwal bardzo miły i dla mnie odkrywczo-dziewiczy, wrzucajacy mnie w rzadko odwiedzane (przeze mnie) obszary X muzy. Jest bowiem poświęcony krótkiej formie (fabularnej oraz dokumentalnej) zarówno w wersji reallife, jak i animowanej. O ile animacje które widziałem przez weekend raczej nie przypadły mi do gustu (np. pozycje Jerzego Kuci, laureata tegorocznej nagrody Smoka Smoków), o tyle dokumenty sa miodzio. Aha, są wyjątki jedna animacyjka "KJFG NO 5" byla boska. Całe 60sekund zabawy. W każdym bądź razie, ze względu na wypad za granice za dni kilka mam mnóstwo pracy więc moja bytność na festiwalu będzie siłą rzeczy ograniczona, ale mam nadzieje jeszcze karnet na pewno wykorzystać (po prawdzie to już przez weekend się zwrócił :) a zdecydowanie nastawiam się na nocny maraton na zakończenie festiwalu gdzie w nocy z czwartku na piątek będzie pokazywanych mnóstwo najciekawszych, nagrodzonych, najlepszych, wybranych (tu dodać dużo ochów i achów) pozycji. Zdecydowanie nie mam jednak czasu na opisywanie wszystkiego co widze, co najwyżej podsumuje tutaj perełki na koniec.

Anyway (słowo klucz :) polecam wszystkim z Krakowa wykorzystanie możliwości jakie daje Krakowski Festiwal Filmowy i poznanie X muzy od strony troche innej niż weekendowy wypad do multipleksu.

sobota, 23 maja 2009

wspinaczka: zdjęcia z doliny kobylańskiej

Obiecałem jakis czas temu, gdy wyprawy w skałki skończyły się tym, że nie wszedłem na gale zamknięcia off plus camera, wkleić wreszcie więcej zdjęć ze wspinaczki w terenie. Buszowaliśmy wtedy po skałach w Dolinie Kobylańskiej. W ogóle ostatnie trzy dni festiwalu off plus spędzałem w modelu: rano skały, wieczorem filmy, w nocy imprezy co należy podsumować moim ostatnio ulubionym zwrotem: Sponsor: sen, Mecenat: kawa.

Anyway, poniżej garść zdjęć ze wspinu sprzed kilku tygodni, każde w wersji fullsize po kliknięciu, poczynajac od najwyższego kawałka skały. Do krzyża u góry dotarliśmy z Kasią po około 40 minutach wspinaczki z jedną stacją przesiadkową w środku. Pierwsze prowadzenie robiłem ja, drugie ona.


Co to znaczy stacja przesiadkowa? Ano, lina nie ma nieskończonej długości, więc jeśli skała wysoka, musimy dzielić ją na około 30m odcinki i takimi partiami pokonywac całość. Wiadomo że sprzęt musimy cały zebrać (nic przed nami na ścianie nie ma, i nic po nas nie zostaje). Poniżej zdjęcie ze stanowiska. Widać na nodze cały zwój zebranej liny.


Prawdziwa zabawa to oczywiście prowadzenie trasy w góre. Czyli zasuwam z liną, powoli wpinając ekspresy do asekuracji (tzw. asekuracja z dołu). Pierwszy z pary ma trudniej, odpadnięcie to często lot kilkumetrowy do najbliższej wpinki w dół... Kto by się tam jednak przejmował takimi drobiazgami w kontekście widocznej na drugim zdjęciu radości z zakładania stanowiska u góry :-)



Wspinaczka to także droga w dół. Jak już jesteśmy na szczycie, to przecież jakoś musimy zjechać... Najcześciej dysponując tylko takim sprzętem jaki sam wniesliśmy do góry. Zjazd jest jednak o tyle miły, że bezwysiłkowy, no i nie wymaga asekuracji partnerki, której noga kadr mi tu przesłania :-)


Aha, przed zjazdem, obowiązkowe podziwianie panoramy. Jak pokazuje poniższe zdjęcie dolinki podkrakowskie wiosną to widok miodzio (osobników pomijamy :):



A na deser troche trudniejsza ścianka, łatwo nie było... Ja naprawde nie wiem jak my tam włazimy ;-)


No dobra, na prawdziwy deser to były robale (czyt. mrówki giganty):

sobota, 9 maja 2009

kinonagranicy: podsumowanie

Festiwal minał szybciej niż mrugnąłem okiem. Zwłaszcza że dużo tego mrugania (czyt. spania) to nie było... :-) Jadąc na niego nie spodziewałem się rzeczy które tutaj zastałem, a rzeczy których spodziewałem się po festiwalu nie zastałem :-) Ot taki czeski film dnia codziennego. Spędziłem jednak bardzo miłe i odświeżające kilka dni w Cieszynie, doładowałem swoje filmowe akumulatory tak by starczyło do wakacji oraz obżarłem się czeskiej kuchni. No i, co oczywiste, opiłem czeskiego piwa (plus litewskich trunków :) Chwila odpoczynku od sportu i pracy też mile na mnie wpłynęła - ani raz nie wyciągnąłem putra z bagażnika :) - aczkolwiek, tak wiem, sam fakt że był w bagażniku nie jest powodem do chwały.



Festiwal był prosty w odbiorze i uczestnictwie. Raz że cieszyn nie jest drogi, dwa że filmów nie ma na nim za dużo. Różnych sekcji filmowych to na palcach jednej ręki da się zliczyć, a że kin tak naprawde jest trzy, oznacza że nie mamy dylematów moralnych rodem z dużych festiwali: co tu wybrać. Dla porównania na Nowych Horyzontach jest bodajże 15 sal wyświetlających filmy o każdej godzinie a wszystkich pozycji festiwalowych jest ponad 400. Tym samym w Kinie Na Granicy spokojnie możemy przemieszczać się od projekcji do projekcji, bez zbędnego stresującego myślenia co-też-ja-teraz-powinienem-zobaczyć lub co-właśnie-straciłem-i-jestem-wściekły.

W temacie konkretnych pozycji które można tutaj oglądnąć, warto pamiętać że festiwal jest poświęcony kinu polskiemu i czeskiemu. Dla nas Polaków, ciekawy jest szczególnie czeski aspekt festiwalu bo raz że polskie pozycjie to sobie możemy zobaczyć u nas w zwykłych kinach, dwa że polacy czeskie kino lubią (IMNSHO). Oczywiście można czasami na festiwalu trafić na projekcję czeskiego filmu bez napisów, i tu wysiedzenie na filmie wymaga dużego samozaparcia i wrodzonego oślizmu. No albo znajomej studentki bohemistyki siedzącej obok w roli tłumacza :-)

Papa Cieszynowi, może będę tu znowu za rok, teraz przede mną koncert Lao Che na Juwenaliach :-)

niedziela, 3 maja 2009

kinonagranicy: Poslední přesun, Kryštof Hanzlík

Stwierdziłem, iż skoro zaliczyłem już Central na poprzednim filmie, to jeszcze dobije się Piastem i polece tam na projekcję o 1730. Szybkim krokiem byłem w kinie kilka minut po starcie filmu, ALE informacje na wstępie nie były zachęcające: brak polskich napisów. Może chociaż mówią po angielsku? - pytam z nadzieją w głosie. NIE, to film czeski, ale dasz rade, podpowiada mi dziewczyna z obsługi.

Nie dałem :-) Wyszedłem po 30 minutach, bo o ile jakieś 20% słów byłem w stanie zrozumieć, to już sensu filmu ni w ząb. Miało być jakieś kino SCI-FI, a tam siedzi 3 gości w jaskini i gada. Jakieś śmieszne efekty specjalne, las? Co to ku.wa jest? Czeski Blair Witch Project skrzyżowany z Willow? Wersja katastroficzno-psychologiczna. FUCK... Na swoją obronę dodam iż poddałem się dopiero jak wyszło z kina połowe widzów :-) Nie byłem więc osamotniony w odbiorze.

Poleciałem na czeskie knedliki, które były dalece bardziej strawne niż Posledni presun :-)


Moja ocena: 1, bo nie zrozumiałem. Chwała tym co wysiedzieli do końca (może spali???)

kinonagranicy: Nedodržaný sľub, Jiří Chlumský

Po śniadanku uderzamy z Anią znowu do teatru. Tym razem trafiamy na rozliczenie z Holokaustem, w wersji czesko-słowackiej. Film dostał kilka nagród, spodziewamy się więc niezłego kina.


Sielankowy start, liczna żydowska rodzina w zachodniej Słowacji, obietnica spotkania się w tym samym składzie za rok. Jak tytuł wskazuje spełniona to ona nie będzie. I rzeczywiście: rozwój sytuacji nie jest już tak różowy. Niemcy zaczynają szykany. Mnożą się aresztowania i wywózki kolejnych osób. W zasadzie opisaną historię można nazwać studium niszczenia żydowskiej społeczności. Co strasznie, studium widziany od środka. Na spokojnie, served cold jak mawiają anglicy. Właśnie ten początkowy spokój jest nierzeczywisty. Pierwotny optymizm zmienia się niedowierzanie, potem zwątpienie, niepewność a wreszcie strach. Część z żydów decyduje się szybko na radykalne działania. Inni nie zgadzają się z nimi, uważają to za głupotę, ale oni i tak stawiają wszystko na jedną kartę. Jak się potem okazuje dzięki temu zachowują życie. Pozostali biernie przyglądają się wydarzeniom, nie wierząc że to dzieję się naprawdę.

Główny bohater, sam bierze sprawe w swoje ręcę. Młodzieńczo i głupio. Pomaga mu dużo szczęścia, talent piłkarski i zbiegi okoliczności. Jego historię śledzimy w filmie, patrząc na sceny śmieszne, ale przeważnie smutne i przerażąjące. Wojna jawi się nam okrutna na nowo. Wszak to film o niej, o cierpieniu i o ludzkiej podłości na potężną skalę.

Moja ocena: 2.3 bo sprawnie zrobiony no i ten seks wśród gruźlików: priceless ;-)

kinonagranicy: Mój Nauczyciel (Venkovský učitel), Bohdan Sláma

Wyjątkowo udało mi się wstać rano i dobiec na projekcje o 9:30. Poczułem się jak za starych nowo horyzontowych czasów kiedy miałem do heliosa 100 metrów, nikt nie marudził (grin :) i można było wstać i zdążyć na pierwszy seans, kupując po drodze drożdżówke w lokalnej piekarni na śniadanie.


Zacznę notkę od tego że film ma w Polsce dystrybucje (Gutek Film) i premiera będzie za ponad miesiąc. Czyli ktoś tam uważa iż film przyciągnie ludzi do kin. Chyba jest to dobra decyzja, bo film jest zrobiony starannie i solidnie. Widać wyłożone pieniądze w produkcji. Nic więc dziwnego że i dystrybutor się znalazał.

W warstwie fabularnej nie mogę, czy też raczej nie chcę za dużo powiedzieć by nie zepsuć historii, mogę jednak śmiało napisać że jest to po części film o miłości, czy raczej poszukiwaniu jej. Poszukiwaniu i mijaniu się. Poznawaniu ludzi w złym czasie i złym momencie. Odrzucaniu innych. A goni B, B goni C, a C ma wszystko w dupie. Ot takie nowo singlowe. A w tle jak zawsze trudne decyzje w życiu i okres zmian. Historia nie obraca się tylko dookoła ludzi młodych. Tutaj mamy pełen tygiel nastu, dwudziestu, trzydziestu i nawet więcej lat. Całość w typowym dramatycznym (melodramatycznym) tyglu.

Fabuła jest miejscami smutna, ale to czego nie można jej zarzucić to dobrze zarysowanych postaci. Wszyscy główni bohaterowie są w podejmowanych działaniach bardzo wiarygodni. Więcej, wręcz realni, sami widzimy siebie gdy zamieninie z nimi, zmierzamy w strone cierpienia. Wszystko to jako studium miłości niespełnione, odrzuconej, zmarnowanej. Trudnej. I nawet koniec jakiś taki umykający jednoznacznej interpretacji.

Mi po filmie ciągle po głowie kołacze się malowniczy obraz czeskiego małego miasteczka, czy tez wsi. Z dala od wielkomiejskiego tłoku i hałasu. Ma to swój urok, i mówi Wam to Miejski Zwierz we własnej osobie :-)

I już tak na zakończenie, ten film to tak jakby wczesny Wong Kar-Wai w wersji europejskiej. IMHO.

Moja ocena: 2.2, troche melodramatyczne, ale życiowe, w sumie nie wiem czemu nie daje mu 2.3???

sobota, 2 maja 2009

kinonagranicy: Česká RAPublika, Pavel Abrahám

Kolejna transgraniczna projekcja nad Olzą. Tym razem zdecydowanie bardziej byłem skupiony na filmie. Raz że nie było już litewskich trunków zaburzających optyczny i akustyczny odbiór filmu, dwa że film mnie zdecydowanie bardziej zaciekawił.

Co to niby miało być? Dokument o wyjściu na ulice RAPu. Czeskiego na dodatek. Nagranego z udziałem czołowej czeskiej grupy, w bardzo niebanalnym stylu pozwala nam otworzyć trochę oczy na inne gatunki muzyczne. Czy też raczej otworzyć uszy. Film z jednej strony dokumentujący coś, ale nie będący stricte dokumentem. Muzyczny bo mase w nim dobrego (tak mówili w recenzjach) czeskiego rapu, ale nie jest to musical. Komedia? Śmiałem się co chwilę, ale nie jest to przecież film weekendowy...

Pomysł przedstawienia muzyków i ich muzyki w zderzeniu z różnymi ludźmi i sytuacjami, bardzo fajnie przybliża rap, dlatego że pokazuje go zderzonego z różnymi konceptami. A poznanie czegoś jest daleko prostsze jeśli widzimy to na tle czegoś co znamy. Pozwala nam się to odnieść do nowości, rezlatywizują ją. Upraszcza zrozumienie. Zwłaszcza jeśli jak tutaj sytuacje są mocno odmienne. Społeczne, muzyczne, kulturalne i zawodowe. A RAP ciągle ten sam. Po kilkunastu spotkaniach z nim staję się muzyką troszeczkę oswojoną (przynajmniej dla mnie :) nawet jeśli wcześniej się go nie znało (lub jak ja niesłuchało :). No i te boskie scenki... Np. porównanie i wspólne granie z kwartetem smyczkowym to wspaniała ucztą dla ucha, a rozpętana wtedy dyskusja, który-szybciej-rozpędza-się-do-setki, bardzo ludzka :)

Moja ocena: 2.3, zdecydowanie polecam, za to że pozwala inaczej spojrzeć na rap.

kinonagranicy: Tobruk, Václav Marhoul

Wcieliśmy znowu obiadkowe specjały po czeskiej stronie. Festiwal na granicy ma swoje kulinarne uroki :-) Zostały mi jeszcze w planach na jutro knedliczki i będę miał spokój na kilka miesięcy od kuchni naszych południowych sąsiadów. Po obiadku odprowadziłem R i S gdyż musieli już wracać do Krakowa, ze względu na ich niedzielny koncert i szybkim krokiem wracałem do kina.


Trafiłem (z wyboru) na czeską superprodukcje wojenną. Co ciekawe, nie skupia się ona na batalistycznym aspekcie słynnych działań w Afrycę, ale na ludzkim pierwiastku. Drobince zaplątanej w machine wojenną, tak by pokazać że te wielkie wydarzenia są de facto makowcem przekładanym potem, krwią i ludzkimi niegodziwościami. Film nie epatuje przemocą i krwią jak Pasja, aczkolwiek jest troche scen z mięsem na ekranie. Bynajmniej nie jadalnym. Dla mnie tym co było jednak najważniejsze to obraz dramatu pojedynczych ludzi. Lęk żołnierzy o siebie, ich wzajemne relacje, podłość, przyjaźń, śmierć. A w tle pustynia.

Każdy europejski naród ma swoje miejsca na mapie WWII, takoż i Czesi. I to w miejscu, który nam Polakom, kojarzy się przede wszystkim z naszym udziałem w WWII. W bitwie o Tobruk, brało także udział 779 czeskich żołnierzy. Zmagania ich jednostki możemy zobaczyć na tym właśnie filmie.

Jeśli ktoś szuka typowego filmu wojennego, to może i nie rozczaruje się, ale sądzę że nie jest to typowy obraz batalistyczny. Potencjalnemu widzowi przyda się IMHO dramatyczne zacięcię no i pragnienie zgłębienia uczuć pojedynczego wojennego trybiku.

Moja ocena: 2.2, bo tęskniłem za śmiercią i krwią.

kinonagranicy: Drzazgi, Maciej Pieprzyca

Zostaliśmy po projekcji Rene po polskiej stronie i znowu wylądowaliśmy w cieszyńskim teatrze, tym razem na polskiej projekcji Drzazg w reżyserii Macieja Pieprzycy.


Więc tak... jak na debiut, polski na dodatek, film nie był taki zły. Zwłaszcza że przedstawiony w konwencji splatających się wątków trzech bohaterów pokazanych przez pryzmat zdarzeń zmieniających ich życie na zawsze. Taki układ ja osobiście bardzo lubie, jak i krótką formę, która z takiego układu po części wynika (czasu musi starczyć na osobne wątki). Obraz usadowiony na śląsku, w zamyślę stara się pokazać go trochę bliżej, jednak jak mam być szczery nie do końca mu się to udaje. To że w tle miejska architektura ślaską kopalnie, nie definiuje przecież regionu... Spłaszczone to jakieś takie.

W warstwie fabularnej typowe historie z rozterkami młodych ludzi. Tu ślub którego ktoś nie chce, tam zakręceni rodzice, tu zagraniczne stypendium vs niespodziewana ciążą. Bijatyki, drobne dramaty i splatająca się historia.

Kilka pomysłów fajnych (np. z jarającymi rodzicami :) zasadniczo jednak film pomimo przedstawionych trudnych decyzji bohaterów , jawi się cukierkowy, wygładzony, bez szorstkości którą życie (i dobre kino) serwuje nam na codzień. Tym samym ciężko przejść na drugą stronę i oddać się w pełni przyjemności oglądania filmu.

Moja ocena: 2.2 jak na polskie kino obyczajowe to całkiem oka.

kinonagranicy: René, Helena Třeštíková

Mieliśmy wstać rano na film o 10, ale jakoś tak nam zeszło i ledwo zdążyliśmy z R na 1230 do teatru na Rene. Film genialny, chociaż widze to dopiero po dwóch tygodniach od jego projekcji. Musiałem chyba go przetrawić czy raczej prześnić, bo nie pamiętam bym rozważał na jego temat na jawie...


Jest to bardzo specyficzny dokument. Przez 20 lat pokazuje wyrywki, dialogi, z życia tytułowego bohatera. Bohatera bardzo orginalnego, który w całości wypełnia 83 minut filmu. Zaczyna się gdy Rene ma lat naście w 1988, kończy po dwudziestu latach, rok temu. Widzimy przez ten czas jego rozwój, starzenie się, historie życia którą tworzy. Pochodzi z rozbitej rodziny. Szybko trafia do poprawczaka, potem więzienie, które jest jego drugim, czy raczej pierwszym domem. Inteligenty, zaczyna pisać, ale jednocześnie cały czas emocjonalnie skrzywiony, recydywista (kradzieże) pełną gębą. Manipuluje ludźmi, nie daje sobie rady z własnym charakterem. Świadomość że to co widzimy to prawdziwa historia potęguje doznania przed ekranem.

Film został nakręcony przez Helene Třeštíkova, która była ministrem kulutry w czeskim rządzie. Zastanawialiśmy się po projekcji, czy Helena miała po prostu szczęście trafiając na początku, w 1988, na tak ciekawą osobość? Wszak kręcenie trwało 20 lat, na początku nie dało się powiedzieć jak historia się rozwinie. Czy może zaczęła równolegle 50 takich projektów, a jeden z nich okazał się strzałem w dziesiątkę? Rozważanie o tyle istotne, że to właśnie Rene definiuje film i tworzy scenariusz. Jak mówią: życie piszę scenariusze. Ten film pokazuje to w całej okazałości. Wystarczyło pozwolić mu biec, a na taśmie udokumentować to co widać. Nie chcę tu umniejszać dzieła reżyserki, pomysł wszak miała genialny, przy tym bardzo czasochłonny i emocjonalnie trudny. Na ekranie widzimy owe ściśnięte do półtorej godziny 20 lat, dodatkowo wpływa to na naszą wyobraźnie i odbiór.

Mi ten film pokazał jak bardzo problemy w dzieciństwie mogą nas ukierunkować. Skazać na problemy i porażkę (?) życiową, której pomimo inteligencji i pomocnych ludzi dookoła nie będziemy w stanie rozwiązać. Film stawia de facto pytanie o wartość rodzicielstwa. No może nie pytanie... Wprost pokazuje efekty wypaczonego dzieciństwa.

Moja ocena: 2.3, polecam ze względu na kliniczny wizerunek aspołeczności i patalogii.

piątek, 1 maja 2009

kinonagranicy: Muzika, Juraj Nvota

Uciekając z wywiadu z pozującym na dekadenckiego 20latka Nowickim, odebrałem i zakwaterowałem Anie w naszym ultra komunistycznym hoteliku. W drodze powrotnej na film - telefon i w rezultacie powrót po zapomniane szkło do pokoju. Żeby zdążyć nad Olze musieliśmy w efekcie poznać uroki branży taksówkowej na granicy. Na przykład w aspekcie zakazu przekraczania granicy taksówką.

Projekcja jest ultra odjazdowa. Siedzimy w kilkaset osób pod otwartym niebem, na ławeczkach nad brzegiem Olzy po stronie czeskiej. Na drugim brzegu, 40 metrów dalej, po stronie polskiej, stoi potężny ekran na którym jest wyświetalny film. Głośniki na dużych podstawkach stoją na ziemi niczyjej, czyli w.... środku rzeki. To się nazywa prawdziwie międzynarodowa projekcja. Zastanawiać się tylko można, na który kraj w takiej sytuacji kupuję się licencje do dystrybucji? Wedle widzów? Ekranu? Projektora? Czy może głośników ponad podziałami :-)

Muszę z przykrością przyznać, że z filmu nie pamiętam dużo, no może tyłek dziewczyny która szyła spadachrony dla wojska, ciągle się bzykała, i miała urorcze nazwisko Przepuszczalska :) Ot taka zbawna czeska komedyjka sytuacyjna. Nie żeby film mi się nie podobał. Jak najbardziej. Tyle że było tak zimno, że ratowały nas specjały R przywiezione prosto z Litwy: coś słodkiego smakującego jak oranżada (35% alc :) oraz coś ziołowo-pieprzowego smakującego jak szybko łykany WD40 (50% alc). Śpieszę donieść, iż w trakcie projekcji nie zmarzłem, a po zostałem fanem litewskich trunków :-)

Moja ocena filmu: eeeee, ten tego... a nie moge oceniać napitków???? Albo idei kina transgranicznego? ;-)

P.S. Ciąg dalszy zaległych postów z kina na granicy w najbliższych dniach.

kinonagranicy: Jeszcze nie wieczór, Jacek Bławut

Zmęczeni depresją po Marcie Meszaros, musielismy naładowac na nowo nasze akumulatory. Cóż zrobi to lepiej niż dwa kufle (na głowę :) zimnego czeskiego piwa, wypitego 10 metrów od serca czeskiego cieszyna (czyt. rynku), podanego przez uroczą czeską holkę oraz okraszonymi narodowym czeskim daniem (w polskiej percepcji rzecz jasna), czyli smazonym serem, z frykałkami i tatarską omastą. Mniam mniam mniam. Aż przykro było kończyć tę ucztę, no ale festiwal wzywa...

Trafiamy na film polski. Nie żeby przypadkowo, ot taki wybór. Znowu teatr, tym razem miejsca w loży na piętrze (czy wspominałem juz o moim tyłku?). Przed projekcją na scene wpada w trampkach Nowicki.... Eeee On jest taki stary??? Zwłaszcza że widzieliśmy go na poprzednim filmie w roli Zdenka, gdzie wyglądał na 20 lat młodziej. Tutaj to już wiekowy dziadzio :) Żwawo się rusza, ubiera i zachowuje o kilkadziesiąt lat młodziej, no ale lata lecą :-) I kto to mówi, hehe ;-) Jak widac odpowiedni retusz, makijaż, światło - czynią cuda. Przynajmniej cuda z kategorii chirurgii estetycznej. Ekranowej rzecz jasna.

Anyway, do rzeczy, czyli filmu. Filmu o ... starości. Rzecz ta bowiem opowiada historie z domu spokojnej starości aktora. Że niby jest gdzieś tam taki przytułek do którego trafiają aktorzy. Teatralni, kinowi, a może o zgrozo i Ci z telenowel. Zmęczeni życiem, starzy, pomarszczeni niczym potrójnie zwinięta wstęga Mobiusa. Wciąż jednak głodni poklasku i adoracji, a tym samym alienujący sie od widzów. Któż bowiem z aktorskim ego chciałby bowiem być oglądany w takim stanie przez swoich fanów. Jak widać grupką się znalazła... Swoją drogą powiedzmy że nie mają żadnej rodziny, chętnej spadku (aktorstwo nie kojarzy mi się z ubóstwem), która się nimi zatroszczy i otoczy normalną rodzinną opieką, miast zesłaniem na obczyzne. Jassssne ;-)

Niby że starość bez sentymentu, piszą na filmwebie o filmie. Bujda na resorach powiadam Wam. Sentyment wali w oczy: że niby starość piekna jest i nie należy się jej bać w dobie kultu młodości. Bohaterami są tutaj ludzie starsi. Starzy wręcz. A teatralność w wielu miejscach wychodzi jednak zza kamery i w efekcie zdecydowanie nie nazwałbym tego obrazem niezafałszowanej starości. Choćby ze względu na aspekt humorystyczny oraz mocno promowany optymizm. Ot zamiast kultu młodości, dostajemy jego sprzeciw i promocje kultu starości. Z deszczu pod rynne... Ze skrajności w skrajność. Jest jednak drobna różnica o której chyba zapomnieli: młoda dupcia jest jednak bardziej apetyczna. Dosadne? Cyniczne? Ależ oczywiście, ale jakże ludzko prawdziwe.

Film jest okraszony masą drobnych gagów. Szczególnie zabawnych dla polskiego widza, zwłaszcza jeśli obeznanego z filmowym światkiem. Należy mu jednak przyznać iż otwiera oczy na starość. Własną, ale i cudzą. I.... pozytywnie do niej nastraja (o zgrozo, zdrada moich ideałów nadchodzi). Nie powala też na kolana ciosem w potylice łoma z podpisem 'film z morałem' za co część i chwała reżyserowi (cisze w więzeniu po sztuce, pomijam milczeniem, odpowiednio do ultra sztucznej reakcji więźniów). Suma sumarum, da się jednak wytrzymać, nawet pośmiać, a i brak moralizatorstwa chwalebny. Może skróciłbym o kilka minut, ale zrzucam to na karb tego że bolała mnie głowa. I dupa (krzesło w loży).

Moja ocena: 2.3, humorystyczny, polecam dla zabawy z twarzami polskiego kina oraz kultem starości.

kinonagranicy: Kisvilma - Az utolsó napló, Márta Mészáros

Po Drużniku zostaliśmy dalej w teatrze by obejrzeć coś co wg opisu zapowiadało się na ładne zdjęcia z gór. Tak więc krzesełka w teatrze dalej gniotły nas w tyłki :) tym razem na blisko 9 letniej już koprodukcji przy polskim udziale.

Film opowiada historie na krańcu świata: w odległej Kirgizji, czy może kirgistanie? Końcówka lat 30, w zabitym dechami krańcu Rosji, gdzie jak powiedzieli, dalej to już tylko Chiny. Z kilku miejsc w Europie przybywa tam grupka ludzi, emigrantów chcących zbudować nowe życie i nowy ład na bazie komunistycznych idei, wolności i równości. Niestety budzący się totalitarny potwór Stalinowskiej Rosji krzyżuje te plany. Widzimy przez pryzmat Małej Vilmy, tytułowej bohaterki, jak radość i beztroska zmienia się w zdziwienie, zwątpienie, strach, przerażenie i niestety w wielu miejscach zagłade. Stalinowski walec przejeżdża bez litości przez, niestety należy powiedzieć, naiwnych idealistów z Europy.

Całość pokazana z perspektywy dziecka, pozbawionego dzieciństwa, ze zbyt wcześnie postawionymi problemami, smutkiem i katastrofą. Mała vilma w ogóle świetnie gra. Pełna kopia swojej Matki - niezłe aktorstwo jak na taki wiek. Film jest mocno emcjonalny i nie trzeba być Polakiem czy Węgrem by to czuć. Jest sporo wyciskających łez z oczu scen. Stopniowe dozowanie cierpienia mocno przestawia widza w stan wzruszenia i smutku. Jeśli ktoś lubi się rozczulać, albo oglądac tzw. wyciskające łzy z oczu sceny: na pewno znajdzie tu coś dla siebie.

Niestety gra aktorska pozostawia dużo do życzenia. Zwłaszcza role hiszpan w polskim wydaniu... feeee. Tego się nie kupuje... Jednak przymykając na to oko, skupiając się na scenariuszu oraz na przepięknych widokach, można filmem się cieszyć. I to pomimo jego ponurego wydźwięku. Dla mnie krajobrazy były miodzio. A ile tam było (i jest na pewno nadal!!!) miejsc do latania, no po prostu dziewczy raj dla paralotniarstwa ;-)

Moja ocena: 2.3 - z dużym ładunkiem emocji oraz ładnymi zdjęciami, polecam.

kinonagranicy: Hlídač č. 47, Filip Renč

Rano pobudka przed 7mą, ultra szybkie pakowanie tak by o 7:30 być pod akademikiem R. Droga do Cieszyna zabrała nam niecałe 2h, zanim jednak się zakwaterowaliśmy, odebraliśmy karnety, było już za późno by zdążyć na film o 10. Wybraliśmy więc zasilenie organizmu w niezbędne płyny :) a do cieszyńskiego teatru na Dróżnika dotarlismy na 12stą.

Film ciekawy, sam w sobie nie ponury, mimo iż właśnie ponurość była dla mnie jego hasłem przewodnim. Jesienno zimowe klimaty, mało światła, gra cieni tak by oddać demoniczność postaci. Dla mnie ten film jest m.in. o przeznaczeniu. Czy możemy go uniknąć? Czy sami jesteśmy kowalem własnego losu? Czy jednak jesteśmy skazani na to co nam pisane. Historia powoli toczy się w stronie nieuchronnego finału. Nie wiemy jaki on będzie, ale smutek, brud, skazanie na porażke dobitnie podpowiada czego możemy się spodziewać. W tym filmie każda postać jest przegrana. Jedni na własne życzenie. Inni ze względu na życzenia ich bliskich.

Historia przedstawia sprowadzającego się do małego miasteczka drużnika. Razem z piękną żoną próbują wejść w małomiasteczkowy klimat, gdzie każdy ma swoją rolę. Szynkarz. Kościelny. Baby spod kościoła. Grabarz. Jednocześnie tytułowy drużnik ma swoją przeszłość, od której próbuje uciec, wejście w miasteczko nie jest więc dla niego proste. Jak to zawsze bywa Życzliwi podkładają kłody. NieŻyczliwi także. Życie dokłada swoje. A pociągi jak jeździły tak jeżdzą. Tylko dróżnik czasami zaśpi.

Moja ocena: 2.2, za ładny obraz ponurości i ciekawa historia.