wtorek, 31 marca 2009

Paralotnie - Słowenia: podsumowanie

Było miło, ale wszystko się skończyło. Krótkie podsumowanie wyjazdu, oraz link do galerii zdjęć z wyprawy do Jaskini Postojna. Nie umieszczam tym razem wszystkich zdjęć do całego wypadu do Słowenii bo jest dużo wymagających cenzury ;-)



Cały wypad cały trwał 10 dni, dni lotnych było bodajże 5, wylatałem 11 godzin w około 8 lotach. Przez cały czas lataliśmy na masywie Lijaka. Zrobiliśmy razem koło tysiąca zdjęć, po usunięciu maziaków i brzydali zostało 200. W czasie całej wyprawy ....... wysłałem i odebrałem kilkaset maili, a średnia ilość godzin do spania na dobe wychodziła na poziomie 5 :-) Model w dzień latamy w nocy pracujemy, jest efektywny, ale solidnie daje w kość. Na dłuższą mete odradzam. Zaletą Słowenii jest tani dostęp do sieci i ogólnie europejskiej infrastruktury (sklepy, restauracje itp). Ceny powiedziałbym minimalnie (20%?) wyższe niż w Polsce.

Jeśli idzie o aspekty lotne, wypad był więcej niż udany. Miałem okazje poćwiczyć pierwsze wstępy do akrobacji, znacząco zwiększyłem swój nalot godzinowy, a kilka trudnych sytuacji na własnej skórze nauczyło mnie co w takich chwilach trzeba robić. Widiałem też sporo sytuacji w powietrzu dotyczących trudnych warunków pogodowych, gdzie na przykładzie pilotów z Czech zobaczyłem kiedy na pewno nie należy latać bo grozi to poważnymi konsekwencjami. Nauka na cudzych błędach jest smaczna :-) Słowenie do latania polecam, szkoda tylko że nie było pełnej wiosny, taka jaka nastała tydzień później.


That being said, zmykam teraz (3ci kwietnia) na weekendowe warsztaty taneczne do Bukowiny. Pogoda miodzio :-) Jak wrócę to opisze coś o więcej o kinie, bo w tym temacie ostatnio się opuszczam (jak J. znowu słusznie mi zarzuciła :-) Do następnego razu :-)

sobota, 28 marca 2009

Paralotnie - Słowenia, Lijak: ground handling czyli zabawy na ziemi z dedykacją w tle

To przedostatni post dotyczący wyjazdu do Słowenii. Tym razem Wasz dzielny reżyser, scenarzysta oraz aktor w rolach kilku, skupiać się będzie na prezentacji zdjęć i założeń z zabawy skrzydłem na ziemi. Post ten jest dedykowany dla J., która po części słusznie, zarzuciła mi, iż całe to latanie po lekturze bloga strasznie wygląda. A ja przecież powinienem je promować, zachęcać i mówić że jest bezpieczniejsze niż szachy czy warcaby podczas dorocznego turnieju emeryta we Włocławku.


No dobra, z tymi warcabami to przegiąłem, chociaż na youtubie na pewno znajdzie się jakiś poradnik jak zabić warcabami (no np. tablicą kamienną :) albo jak popełnić samobójstwo w trzech krokach, poprzez połknięcie figurek. Siędze więc sobie na lotnisku w Gdańsku (kilka dni później niż data posta) i czekam grzecznie na swój samolot, a czas ten spożytkuję na opisanie bardzo przyjemnego, bezpiecznego i chyba humorystycznego aspektu latania na paralotni: czyli ground handling, który jest uwielbiany przez producentów pralek (oraz nasze gosposie :-)


Ground handling zwany też 'ciuraniem skrzydła', to potoczna nazwa na ćwiczenia z paralotnią na płaskiej ziemi. Zasadniczo polegają one na wyciągnięciu skrzydła nad głowe oraz bieganiu pod nim, to w lewo, to w prawo, tyłem do niego, przodem do niego (oraz jak się okaże dupą do góry też). Oczywiście na starcie to bardziej my biegamy tam gdzie skrzydło nam powie (czyt. zawlecze) oraz męczymy się by je w ogóle postawić nad głowe, ale z biegiem czasu powoli skrzydełko zaczyna grzecznie słuchać naszych poleceń. Nooo, powiedzmy że ten bieg czasu to i duży bieg i dużo czasu....




Skrzydło jak to skrzydło, silne jest i narowiste, choćbyś nie wiem co zrobił, ono jak ma kaprys i tak Cię pociągnie w stronę którą chce, a potem zwali Ci się na ziemie znudzone.






Anyway, jest to całkiem bezpieczny element zabawy z paralotnią. Dostarczający obserwatorom mase śmiechu, a dla pilotów istotny, bo stanowi solidną podstawe do ćwiczenia startów: element wyciągania skrzydła nad głowę jest trudny, zwłaszcza jeśli musimy go zrobić przy silnym wietrze, oraz na krótkim rozbiegu zakończonym skarpą. Jeśli wcześniej na dużej płaskiej łące przećwiczymy go setki razy, to jedyne czym ryzykujemy podczas treningu to śmiech loży szyderców.



Mistrzem w stawianiu kobry i wiązaniu tzw. krawata (oplątanie linkami końcówki skrzydła) został Bart. Ja przodowałem w wielokrotnym skręceniu linek :-)




Tak więc zabawa przednia, zwłaszcza jeśli jak zawsze pod czujnym okiem Trolla w nieodłącznej czapeczce.

piątek, 27 marca 2009

Paralotnie - Słowenia, Lijak: lot przy podstawie chmur

Dzisiaj udało mi się pobić mój życiowy rekord. Wyleciałem ponad kilometr nad poziom startowiska. A wszystko to dzięki pracowitemu szukaniu noszeń termicznych i tzw. 'wykręcaniu kominów'. Dzień oczywiście zaczał się od pobudki i wyjazdu na startowisku na Lijaku, gdzie po szybkim rozłożeniu paralotni, wystartowałem w dość prostych warunkach.


Krażąc w poszukiwaniu kominów, udało mi się znaleźć w pewnym momencie jeden który wyniósł mnie z 850m na ponad 1500m, dzięki pieczołowitemu krążeniu dookoła jego centrum. Maksymalne noszenie miałem w nim w niektórych momentach na poziomie 5m/s. Frajda co niemiara. Zwłaszcza że powyżej kilometra, panorama która się ropościerała, zapierała dech w piersiach. Zwłaszcza w kierunku mniej więcej na północ, było widać wspaniale majestatyczne Alpy. Warto się było wywindować dla samego tego widoku. Co ciekawe komin który mi tu pomógł był zdrowo za krawędzią grani pasma gór przy którym lataliśmy. Jak widac warto zapędzać się na drugą stronę.


W drugiej części dnia, warunki zmieniły się na żagiel. Niebo całe się zachmurzyło, podstawa chmur opuściła. Poleciałem w kierunku południowo-wschodnim w strone kolejnych wyższych gór w ramach tego samego masywu. W pewnym momencie przy sporym noszeniu, doleciałem na około 100m pod pułap chmur. Wrażenie niesamowite, jak gdyby chodzenia tuż pod sufitem, który wręcz był namacalny. Chmury jednak nie maja wyraźnej granicy, przynajmniej od dołu. Dlatego widok w dół powoli, minimalnie zrobił się zamglony, jakby zza dymu. Był to mocny sygnał dla mnie że witam się z chmurką. Ponieważ nie miałem przy sobie ani GPS, ani busoli, wlatywanie w chmure byłoby wysoce niewskazane (nie byłbym w stanie utrzymać kierunku, poza tym nie wiedziałem jak jest wysoka i co w niej może być). Dlatego stwierdziłem że dość wożenia dupy w górę, czas wrócić bliżej Matki Ziemi.

A tu zonk. Mój wariometr pokazuje że mam noszenie do góry na poziomie około 5m/s. Chmurka chce mnie ewidetnie skonsumować. Na dodatek powietrze jest mocno turbulentne, a sterowanie skrzydłem staje się trudne, zaś wrażenia nieprzyjemne. Czas spadać. Zakładam uszy (zmniejszają powierzchnie skrzydła, a więc będe opadał szybciej niż moje zwykłe 1 m/s w dół). Rzut oka na wario, a tam dalej noszenie na poziomie 3m/s. Uszy pomogły, ale tylko trochę. Wciskam więc speeda do oporu, zmniejszając kąt natarcia skrzydła - opadanie powinno być jeszcze większe. Wario jest jednak nieubłagane: owszem wznoszę się wolniej, ale cały czas mam na wskaźnikach około 1,5 m/s do góry. Konsternacja. Wyczerpałem swoje możliwości dotyczące zwiększenia szybkości opadania, a ta *&#$*#&$ chmura dalej ssie. Jakieś 50m na oko do utraty widoczności i pełnego wejścia w nią. Zaczynam się niepokoić. Zostały mi dwie opcje: spirala, której nie opanowałem jednak na tyle by czuć się z nią komfortowo lub próba lotu na przedpole z nadzieją że kilkaset metrów dalej wylecę spod chmury i noszenia nie będzie (obie strategie pieczołowicie wtłukł mi do głowy Gotek rano - część mu i chwała). Powiedziałem więc sobie, że wybieram strategie ucieczki na przedpole. Nie wiem czy się uda, dlatego daję sobie jedną minutę na zmianę warunków. Jeśli w tym czasie nie wylecę z noszenia, nie ma rady: umiem, czy nie, będą musiał spróbować spirali. Lecę. Pełen speed, prędkość względem powietrza około 50km/h. Trzęsie niemiłosiernie. Mam nadzieję, że nie złapię żadnej klapy i liczę w myślach sekundy. Ufff, po 30, wario przestaje pikać. Cisza. Znaczy że przestałem sie wznosić. Kolejne kilkanaście sekund i jednostajne buczenie informuje mnie że zaczynam opadać. Yuupi. Uciekłem. Jak widac na paralotni czasami opadanie w dół też może być problemem. Lądowanie bez atrakcji.


Na kolacje porcja kalmarów (czy raczej na deser, bo oprócz tego zasmażany ser i duża pizza - kalmary, wcinał Maro :)

Lekcja na przyszłość: brać zawsze GPS i busole, wtedy strachu mniej :) No i zapasową kurtkę bo zimno było że hej.

czwartek, 26 marca 2009

Paralotnie - Słowenia, Lijak: ptaki drapieżne

Obserwacja ptaków podczas latania na paralotni, jest ważnym elementem pilotażu. Nie chodzi tutaj bynajmniej o bliskie obcowanie z przyrodą, chociaż można czerpać z tego radość, ale o podpatrywanie przyrody. Miliony lat ewolucji uczyniły z niektórych gatunków ptaków idealnych żeglarzy w przestworzach. Widać to chyba (choć z góry zaznaczam że moja "wiedza" tutaj jest bardzo uboga) zwłaszcza na gatunkach drapieżnych. Stanowią one bowiem oprócz rękawów, drzew czy dymu, jeden z głównych elementów otoczenia dostarczający informacji pilotowi o tym co się dzieje w powietrzu.


Ptaki takie, spędzając sporą ilość czasu w powietrzu, siłą rzeczy musza optymalizowac swoje zużycie sił witalnych. Do utrzymywania się więc w powietrzu, zamiast siły własnych mięśni, bardzo często wykorzystują siły przyrody. Sprowadza się to do krążenia w kominach powietrznych (gdzie cieplejsze od otoczoenia powietrze wędruje do góry). Łatwo to można zaobserwować po krążącym ptaku, który wznosi się do góry pomimo, iż nie macha w ogóle skrzydłami. Jest to, jeśli wiedzieć czego szukać, widok dość częsty. Ptaki naturalnie wyczuwają kominy termiczne, a dodatkowo znając swój teren (drapieżniki przeważnie są do jakiegoś stałego, nawet jeśli dużego obszaru przywiązane) wydają się wiedzieć gdzie znajdują się miejsca samoistnych noszeń.


Jak się to przekłada na paralotniarzy? Podczas lotów w termice, warto rozgladać się za ptakami. Zwłaszcza większymi, latającymi wyżej oraz krążącymi w danym miejscu. To prawie pewny komin termiczny. Oczywiscie, zanim zdecydujemy się na lot w tamtym kierunku, warto zaobserwować jak szybko taki ptak wznosi się. Kilogramowy jastrząb, będzie miał samoistne opadanie na poziomie 0,5m/s, czyli dwa do trzech razy mniej niż nasze skrzydło. Dlatego tylko wtedy gdy widzimy go wznoszącego się bardzo szybko, można mieć nadzieje na silny komin. Taki który także nas będzie w stanie wywindować w górę. W innym przypadku, trafimy co najwyżej na mały kominek, który utrzyma nas na tej samej wysokości, ale już nie pozwoli się wznieść. A oczywiście lęcąc do niego, musieliśmy konkretny zapas wysokości zmarnować - warto więc rozważyć rachunek zysków-strat przed decyzją o oparciu się na "ptasim rozumie" :-)


Na tym wyjeździe, ptaki drapieżne dość często latały przy Lijaku. Widzieliśmy nawet pare krażącą w jednym z kominów. Dzisiaj, zweryfikowałem na żywo strategie oparcia się na wyczuciu mojego podniebnego kompana i ... dobrze na tym wyszedłem, trafiając na silny komin. Niestety pierzasty lotnik, był chyba dość skonsternowany, w momencie gdy zobaczył mnie już bardzo blisko (około 20 metrów) na kursie kolizyjnym /nie wiem dlaczego tak późno, może wcześniej patrzył na ziemie w poszukiwaniu zdobyczy/ - wykonał jednak błyskawiczny i malowniczy manewer odbicia i przemknął kilka metrów obok mnie.


Przypadki ataku ptaków na paralotnie zdarzają się rzadko, a jeśli już to praktycznie wyłącznie w okresie lęgowym, kiedy ptak może nas zaatakować broniąc gniazda. Nas, czyli skrzydło. Przeważnie bowiem atakue z góry (bo tak jest do tego przyzwyczajony) i już wpadając w miękkie skrzydło czeka go pierwsze zdziwienie.,Materiał i powietrze pod wpływem pędu natychmiast ustępują, a wręcz odbijają go. Potencjalne rozdarcia co najwyżej tyczą się jednej komory więc poza szkodami i naprawą później, nie są niebezpieczne jeśli chodzi o właściwości aerodynamiczne skrzydła. No chyba że byłby to wielokilogramowy kondor, z dokładnym rzutem technicznym skrzydła i rozpisaną checklistą z planem uszkadzania komory po komorze :-) Chyba mało możliwe, co?

środa, 25 marca 2009

Paralotnie - Słowenia, Lijak: lądowanie przy silnym wietrze

Dzisiaj silnie wiało, więc start (wariant alpejski) nie należał do najprostszych, zwłaszcza że pomyliłem kierunek obrotu po postawieniu paralotni nad głową. Na szczeście zauważyłem to i zdążyłem nie przerywając startu obrócić się korygując błąd - teraz już w prawidłowym kierunku, ale o 270 stopni, przydały się spiny z tańca :-D. Oczywiście samo przygotowanie skrzydła do startu w sytuacji kiedy mocno wieje jest już wyzwaniem, co rozłożysz szmate, to Ci ją zwieje :)


Anyway, udało się. W powietrzu woziłem dupe koło 2h, robiąc dalekie wycieczki po paśmie gór. W końcu jednak zmarzłem na tyle, iż stwierdziłem, że czas najwyższy na lądowanie. Nad lądowisko dolecialem ze sporym zapasem, jednak ze względu na niestabilną sytuacje w powietrzu (nielaminarny wiatr, silne podmychy, resztki termiki), nie odważyłem się robić żadnych ćwiczeń figur. Wytracałem więc grzecznie wysokość planując podejście, które w miare zbliżania się do ziemi nie rysowało się różowo.


Problemem był bardzo silny wiatr na lądowisku, dochodzący w porywach do około 10m/s. Jest to wartość równa prędkości paralotni (zwłaszcza przy moim niedoważonym skrzydle), co oznacza, że lądując pod wiatr, będę praktycznie stał w miejscu. Lądowanie z wiatrem byłoby tutaj bardzo złym pomysłem, gdyż wtedy dotykałbym ziemi z prędkością 20m/s = 10m/s wiatr + 10m/s prędkości paralotni = ponad 70km/h - gwarantuje połamanie nóg. Musiałem więc trochę inaczej podejść do sprawy.


Pomimo że lądowisko pod Lijakiem jest spore, to jest z dwóch stron ograniczone liniami wysokiego napięcia, z trzeciej drogą, a z czwartej polami uprawnymi - mamy więc dość silne zero-jedynkowe granice gdzie można lądować - zwłaszcza jeśli chodzi o druty :)


Przy takim wietrze, strategia lądowania rozpoczyna się od wytracania nadmiaru wysokości po stronie nawietrznej lądowiska. Powinienem to robić do momentu gdy będę znajde się na bardzo niskim pułapie (około 30m). Wytracanie polega na robieniu w miare ciasnych ósemek, plecami do lądowiska, z zakrętami w strone wiatru, około 50m od nawietrznej krawędzi płyty. Gdy zszedłem na owe 30m, zamiast ósemki zrobiłem pełen zwrot o 180 stopni i błyskawicznie (bo z wiatrem) przeleciałem w ciągu dosłownie kilku sekund (4?) nad lądowiskiem w strone jego zawietrznej. Wtedy wykonałem drugi zwrot o 180 stopni, kilkanaście metrów przed linią wysokiego napięcia, i następnie rozpocząłem już pod wiatr powolne, praktycznie w miejscu (10-10=0m/s) zejście do ziemi.

Problemem są tutaj dwa krytyczne elementy:
1. wybranie momentu na przedostatni zwrot i przelot z wiatrem nad lądowiskiem do finalnego podejścia: nie może to być za nisko, bo nie zdąże ustawić się pod wiatr, nie może też być za wysoko.
2. wykonanie finalnego zwrotu w odowienim momencie, tak by nie zwiało mnie poza lądowisko (tu druty), a jednocześnie bym zmieścił się na lądowisku na ostatnim podejściu.

Całość utrudnia fakt że pod wiatr praktycznie stoje w miejscu (w stosunku do ziemi, bo w stosunku do otaczającego mnie powietrza cały czas utrzymuje swoje 10m/s), zaś z wiatrem zasuwam jakbym miał silniczek w dupie. Innymi słowy każdy manewr skręcania jest bardzo utrudniony, ze względu na to iż w zależności od tego czy poruszam się z wiatrem czy pod wiatr bardzo różnie zmieniam swoją pozycje w stosunku do ziemie. Moja prędkość (w stosunku do ziemi) waha się bowiem w przedziale (0..70km/h) w zależności od kierunku w stosunku do wiatru. Ma to oczywiście kolosalne znaczenie, w którym miejscu jestem kilka sekund później. Przykładowo spóźnienie manweru o powiedzmy 5 sekund, oznacza że jestem 100m dalej :)


Finalne kilkanaście metrów zejścia do ziemi, na ostatniej prostej po zwrocie, robiłem prawie pionowo w dół, a wręcz chyba cofnęło mnie o metr do tyłu - miałem jednak margines bezpieczeństwa z tyłu więc wszystko ładnie się udało. Plusem był fakt ,iż dzięki dużej prędkości wiatru takie przyziemienie jest bardzo delikatne, wręcz pieszczotliwe przywitanie z ziemią. Po przyzieminiu natychmiastowy obrót, zrzucenie skrzydła na ziemie i szybka ucieczka z miejsca przestępstwa, gdyż nademną podchodzą kolejni piloci do lądowania, zmagajac się jak ja z silnym wiatrem.

wtorek, 24 marca 2009

Paralotnie - Słowenia, Jaskinia Postojna

Dzisiaj parszywa pogoda, pada deszcz i źle wieje. Tak więc z latania nici. Wsiedlismy wiec w samochody i pojechalismy do Jaskini Postojna (Postojanska Jama) oddalonej o kilkadziesiat kilometrów dalej. Perła Krasu w Słowenii, ponad 20 km podziemnych korytarzy (najdłuższa jaskinia w Słowenii i jedna z największych w tej częsci Europy).


Reczywiście było co oglądać. Formy krasowe, powstałe wskutek wupłukiwania rozpuszczalnych skał wapiennych, zapierają dech w piersiach. Sądze że Geiger tutaj szeroko czerpał inspiracje do swoich wizji. Mimo dość ciemnych warunków, udało się nam zrobić sporo fajnych zdjęć, aczkolwiek nie oddają one nawet w połowie tego co dało się tam zobaczyć. Jaskinia była cała napakowana od stropu bo podłoże naciekami skalnymi i ich wszechobecność nakeżdym skrawku przestrzeni budowała potężne wrażenie wizualne.




Samo zwiedzanie zajeło nam półtorej godziny, jeździliśmy podziemią kolejką (pierwszka kolejka była tu wybudowana w 1872!) oraz sporo chodziliśmy. Jest to oczywiście masowa atrakcja turystyczna, w latach osiemdziesiątych rocznie odwiedzało jaskinie 900 tysięcy ludzi (po 20 euro za łeb daje 18 mln euro przychodu).




Podczas wchodzenia do jaskini, cała 100 osobowa grupa została dokładnie obfotografowana - nie wiedziałem, zastanawiając się, czemu - może żeby się nikt nie zgubił? Przy wyjściu zagadka się rozwiązała. Każdy z nas miał portret, wywołany (czy raczej wydrukowany), gotowy do oczywiście kupienia, bodajże za 1 euro. Geriatryczna część wycieczki (czyli większość w postaci dwóch autokarów niemców po sześćdziesiątce na wczasach) masowo rzuciła się na tę atrakcje :-) Ciekawy pomysł, zwłaszcza iż fakt gotowego do natychmiastowego odebania zdjęcia stanowił jak sądze istotny element zwiększający znacznie sprzedaż.

poniedziałek, 23 marca 2009

Paralotnie - Słowenia, Lijak - spirala

Dzisiaj zmęczony, bezskutecznym ćwiczeniem wingoverów (malownicza, ale trudna figura w której wychodzisz ponad swoje skrzydło w cyklicznych wahaniach) dostałem zgodę na pierwsze próby robienia spirali. Było to możliwe dzięki temu że popołudniu mieliśmy tzw. loty na żaglu. Na żaglu, tzn. w sytuacji gdy przy wietrze na poziomie 4m/s (lub więcej) przy paśmie gór tworzy się rozległa strefa noszeń, która pozwoli swobodnie nabierać wysokości. Zasade tego opisze dokładniej kiedy indziej, teraz ważne jest tylko tyle, że dzięki temu możesz szybko i łatwo nabrać wysokości, która następnie możesz przeznaczyć (czytaj: zmarnować :) na ćwiczenia figur.

Tak więc spróbowałem spirali. Spirala to takie coś, kiedy zaczynasz krążyć. Zacieśniasz zakręt, w bardzo mocnym pochyleniu, tak że po około dwóch pełnych obrotach (idealnie po jednym) skrzydło krąży bardzo ciasno, praktycznie w miejscu. Zmienia się też jego położenie, gdyż mocno kładzie się na boku, zaś pilot siłą odśrodkową podnosi się do góry.

Spirala, ze środka to wrażenie maksymalne. Jest wyraźnie wyczuwalny moment przejścia z ciasnych zakrętów do spiarli. Siła odśrodkowa wgniata Cię w uprząż. Ziemia wiruje bardzo szybko. Świst powietrza w uszach jest bardzo głośny i jednocześnie wręcz przeraźliwy. Wrażenie, że wynosi Cię do góry nad skrzydło tylko potęguje niemiłe doznania. Co więcej siła którą musisz zaciągnąć sterówkę i ją utrzymać jest naprawdę duża. Elementem który buduję doznanie spirali, jest fakt że cała figura trwa. Tak długo jak masz odpowiednio zaciągnięte sterówki, paralotnia cały czas pikuje w dół, a ziemia miga Ci przed oczyma. Przeciążenie też robi swoje - dzisiaj miałem koło 2g? Groovy.

Szybkość spirali i jej siłe (a tym samym prędkość opadania), możesz regulować. Innymi słowy spirala spirali nierówna. Trzeba jednak uważać by nie przegiąć, dlatego, że spirala może przejść w tzw. spirale upadkową. Wtedy wloty powietrza ustawiają się w stronę ziemi, a pilot krąży dookoła skrzydła które kręci się w miejscu. Taka spirala, jak nazwa wskazuje najcześciej skończy się dojściem, aż do ziemi bez możliwości wyjścia z niej. No ale odpowiednio uważając, nic złego się nie dzieje.

Mimo, iż wiedziałem że jestem prawie kilometr nad ziemią, że mam ze sobą "paczkę" (spadachron zapasowy), że lece na bezpiecznym skrzydle, które nie wchodzi w tzw. spirale upadkową, przyznam że miałem stracha (tego natychmiastowego o którym kiedyś już pisałem i nie trzymałem spirali dłużej niż kilkanaście sekund. Ćwiczyłem dzisiaj i lewe i prawe i ciekawe, że te w lewo wychodzą mi wyraźnie lepiej - może dlatego że jestem praworęczny ;-)

Na koniec, pytanie po co spirala? Ano, jest to najszybszy sposób na tracenie wysokości (np. jeśli wciąga Cię chmura, albo przyszła nagła burza). A jeśli go dobrze opanować, także bezpieczny.

Paralotnie - Słowenia, Lijak - zdjęcia z powietrza

Dzisiaj w drugiej połowie dnia miałem ze sobą w czasie lotu mały aparat. Chciałem spróbować zrobić trochę zdjęć z powietrza. Nie było to bynajmniej tak proste jak mi się wydawało. Z kilku względów:
  • lecę w rękawiczkach, bardzo ciężko obsługuje mi się w nich malutkeńki aparat.
  • lot jest jak często mało stabilny (latam w termice), nigdy nie wiesz, kiedy Cię przechyli, albo ruszy w dowolną ze stron - jest to stres, w kontekście aparatu, dlatego musiałem go mieć przywiązanego :-)
  • lecę w okularach przeciwsłonecznych w pełnym słońcu, co powoduje że na wyświetlaczu LCD aparatu nic nie widzę, a zdjęcia robie w ciemno..
  • cały czas muszę kontrolować lot, zwłaszcza że jest dużo paralotniarzy w powietrzu, co powoduje że gdy robię zdjęcia mogę sterować skrzydłem tylko poprzez balans ciała (ręce zajęte aparatem)
  • odwrócenie uwagi od lotu jest bardzo stresujące, i powoduje że chyba dopiero za trzecim razem odważyłem się na te 30s zająć robieniem zdjęć
  • sięgnięcie po aparat, pomiędzy wszystkimi linkami i taśmami uprzeży jest mocno kłopotliwe, a moje dodatkowe wiercenie tylko bardziej destabilizuje lot.
Anyway, udało mi się, a o to efekt, zaczynając od zdjęcia z widokiem na startowisko i rozłożone na nim paralotnie szykujące się do startu. Zdjęcie zrobiłem kilkaset metrów nad tym punktem.



Panaroma okolicy z dużej wysokości:



W pogoni za innymi:



Skrzydeł jak mrówków:

Na teraz starczy. Jednak komfort robienia zdjęć z ziemi jest sporty, chociaż umówiłem się z Marem na filmik mojej spirali, o czym w następnym poście :-)

niedziela, 22 marca 2009

Paralotnie - Słowenia, Lijak - Akwarium

Ludzi jak mrówków... A konkretnie, jak zerkniesz na niebo, to paralotni w powietrzu tyle, ile rybek w akwarium. Zbyt małym akwarium chciałoby się dodać.


Pierwszy raz latam w lokalizacji, w której jest mnóóóóstwo paralotniarzy. Na startowisku, średnio co pół minuty ktoś startuje, a cały czas jest tam około 20 pilotów i z 20 pomocników. Oczywiście cały czas przychodzą nowi piloci. Ruch jak na lotnisku. Lepiej, Kraków przecież nie ma tylu startów na dobę co Lijak :-)


Oczywiście dostarcza mi to całkiem nowych wrażeń. Raz że patrzy na Ciebie masa osób - trochę wstyd. Dwa że masz mało miejsca, i na rozłożenie skrzydła, i na faktyczny start - musisz więc go zrobić perfekcyjnie. Trzy że o ile nikt Cię nie popędza to czuje się presje czasu - nie możesz przecież innym przeszkadzać. Cztery że widzisz maaase osób lepszych od siebie - to deprymuje.





Na szczęście atmosfera jest miła i baaardzo międzynarodowa. Słyszę koło 6 języków w promieniu 40m. Ogólnie to startowisko nie należy do największych. Nie jest przesadnie trudne (gdzie mu tam do Jabalcon :), ale i nie łatwe. 50m rozbieg kończy się skalną przepaścią, a po bokach masz las, uciekać nie ma gdzie. Poniżej Zbychu w momencie startu.


W powietrzu tłok spory. W godzinie szczytu (która wypadła na okolice 15, kiedy zelżał trochę wiatr), w powietrzu było może nawet ponad 50 skrzydeł. Sporo. Nigdy nie latałem w takich warunkach. Oprócz tego że muszę kontrolowac sam lot, teraz musze zwracać uwagę na przestrzeń. I to nie z przodu i tyłu jak na ulicy (od biedy po lewej i prawej) - tutaj jest pełne 360. I to się naprawdę czuję. Kiedy chcę zrobić ostry zwrot, pierwsze co robie to macham dookoła głową by zweryfikować czy mogę to zrobić. Kiedy w powietrzu jest pusto, mogę robić co chce, ale dzisiaj było troche inaczej. Łącznie z tym że gdy łapałem mocne noszenia musiałem patrzyć czy przypadkiem nie wjade komuś w podwozie :-)


Nie było jednak, a szkoda ;-) żadnych bliskich spotkań. Wszyscy grzecznie trzymali się przepisów i zachowywali odpowiednią separacje. W każdej z osi. Ustępowali też drogi w razie potrzeby. Ale taki podbnież urok latania na Lijaku, gdzie obszary noszeń są rozległe i piloci nie muszą walczyć ze sobą o każdy metr przestrzeni. Lijak stanowi dla mnie ciekawy i kolejny kamyczek doskonalenia.


Zaczałem też dzisiaj ćwiczenia do pierwszych figur w powietrzu, ale o tym nastepnym razem.

Paralotnie - Słowenia, Lijak - Wariometr

Dzisiaj delikatna wprawka, warunki bardzo dobre, ładna wiosenna słoneczna pogoda, słaby wiatr.
Lataliśmy z góry o nazwie Lijak. Różnica między starowiskiem i lądowiskiem ponad 500m, czyli bardzo dużo. Daje to przy braku jakichkolwiek manwerów ponad 10 minut swobodnego lotu. A mamy przecież wiosne. Termika się budzi i kominy ciepłego powietrza odpalają co chwile, a nam pozwalają latać naprawdę długo.


Start troche ryzykowny. Na szczycie góry około 5m/s, dłuższa przerwa od ostatniego razu zwiększa delikatnie stres na starcie. Grzecznie patrze więc na starty innych pilotów. Zasadniczo jestem pierwszy raz w życiu w lokacji gdzie jest naprawdę tłok: jest rano, a w powietrzu już lata koło 10 skrzydeł, a na startowisku powoli rozkłada się koło 30 kolejnych. Zapomniałem wariometru. Muszę wracać po niego przez ładny słoweński las na parking 10 minut tam i 10 z powrotem.

Wario, jak mówimy na to pieszczotliwie, to istotny przyrząd bez którego nie da się latać w termice. Wario, umocowane na hełmie nad lewą skronią cały czas piszczy mi pieszczotliwie do ucha, a konkretnie to:
* buczy, jeśli opadam w dół
* jest cicho, jeśli lece poziomo
* pika przyjemnie dla ucha, jeśli się wznoszę.
Latając w termice: czyli w warunkach, gdzie ogrzane słupy ciepłego powietrza wznoszą się w różnych miejscach od ziemi, szukam cały czas gdzie one są (zazwyczaj trwają kilka minut oraz co gorsza są zdmuchiwane przez wiatr). Kominy są zazwyczaj wąskie (naście, dziesiąt metrów średnicy) i jak tylko takie miejsce znajde, natychmiast zaczynam w nim krążyć, próbując maksymalnei zyskać na wysokości. I tu z pomocą przychodzi Wario.


O ile zmiane kierunku ruchu (zaczynam opadać, lub zaczynam się wznosić) dość mocno mój błednik czuje, o tyle jeśli jestem dłużej w strumieniu chłodnego powietrza (tzw. duszenie) i lece stabilnie w dół powiedzmy 4m/s, mój błędnik jest 'ślepy'. Ale buczenie mojego Wario mówi mi: uciekaaaaaj. Tracisz cenną wysokość. Oczywiście jak jestem blisko ziemi, to widzę to bez pomocy. Sęk w tym że już 50m nad ziemią ocena wysokości jest bardzo trudna, stąd latanie bez przyrządów byłoby dalece mniej efektywne.


Na całe szczęścię, dzięki temu że musiałem się wracać po wario, wystartowałem chwile później niż reszta i złapałem się już na silne kominy, wyniosło mnie naprawde wysoko. Mimo iż mamy wiosne, i termika bywa burzliwa: powinno mocno trząść skrzydłem, zwinięcia skrzydła, mi nic złego dzisiaj się nie działo. No może oprócz delikatnie ryzykownego startu. Ze względu na tłok na startowisku, stres delikatnie większy. Przy starcie zby szybko obróciłem się pod skrzydłem, nie ustabilizowawszy go najpierw. Efekt: duża klapa na starcie i mocna zmiana kierunku. Na szczęście moje skrzydło uparcie broni mego życia i koryguje moje błędy, nie było więc mi dane spotkać się z malowniczymi sosenkami po bokach.


Latałem ponad godzine i wymiękłem z zimna. U góry naprawdę pi..dzi. Mimo rękawiczek, kurtki itd, musiałem zlecieć na dół na ciepłą kawę. Lądowanie bardzo ładne, aż sam się sobą zdziwiłem że nic nie wywinąłem :-) Maro próbował wyżebrać do końca kawałek wysokości i ... jego historie opiszę następnym razem. W każdym razie nic się nie stało :-)