sobota, 28 czerwca 2008

paralotnie: chmury i trochę o meteorologii

Buaaaa, po dzisiejszym paintballu mam trzy wyk...ste śliwy. Bynajmniej nie dostałem z bliska, ale mieliśmy karabinki które naprawdę mocno strzelały. Kondycja 100% i mam nadzieje że do jutra wytrzyma bez zakwasów, bo jutro jedziemy latać w trochę wyższe góry na południu polski. Planowane więc dłuższe i wyższe loty po raz pierwszy (rzecz jasna dłuższe i wyższe to rzecz względna :). Może nawet z aparatem, więc jeśli dojdzie do szczęśliwego lądowania to się niewątpliwie nimi pochwalę!


No ale miało być o pogodzie i chmurach. Istotnym elementem latania jest, trochę większa niż pozwalająca na zrozumienie pogody po dzienniku, znajomość meteorologii. W ramach kursu są o tym normalne zajęcia. Przede wszystkim warunki muszą być na tyle stabilne i spokojne by pozwalały na bezpieczne latanie. Żadnego więc padającego deszczu (lub śniegu) i co najważniejsze, stabilny oraz raczej słaby (!!!) wiatr. Na tyle słaby że prawie nie opłaca się iść żeglować na wodzie (piszę na wodzie bo są też loty żaglowe na paralotniach). Tym samym te dwa sporty całkiem się fajnie uzupełniają. Słabo wieje: idę latać, mocno: pływać. Wiedza o frontach atmosferycznych, o kształtowaniu się wiatru, o jego kierunkach, o tym kiedy będzie burza, po czym przewidzieć deszcz jest też przydatna :-) Choćby kwestie kształtowania się frontów atmosferycznych czy określenie kierunku wiatru na bazie zmian ciśnienia pozwalają brylować przed telewizorem (jeśli się go ma :) Oczywiście nie jest do końca tak prosto (górale mają +5 pkt do zdolności, reumatycy ze strzykającym kolanem także) i ciężko tak naprawdę przewidzieć cokolwiek dalej niż 1 dzień. Ze zdziwieniem jednak stwierdzam iż próby weryfikacji wiedzy w praktyce sprawiają niezłą frajdę. Choćby zwykłe gapienie się w niebo, próba rozpoznania rodzaju chmur, i określenie za ile mniej więcej może przyjść zmiana frontu i deszcz.

Z tymi chmurami to w ogóle kicha. Dużo rodzajów, odmian, wszystkie do siebie podobne. Na szczęście jeśli idzie o latanie, musimy kojarzyć Cumulusa. To taki fajny twór, białawy (choć nie zawsze), który lubimy oglądać na niebie i odgadywać do czego jest podobny. W paralotniarstwie chmura ta jest o tyle ważna iż to właśnie pod nią występują prądy wstępujące (tzw. noszenia) które pozwalają na nabieranie wysokości. Prądy takie są ukształtowane w formie nieregularnego komina, s†ad konieczność dość ciasnego krążenia w ramach komina tak aby nie wypaść z niego. Podczas zakręcania, skrzydło dużo gwałtowniej traci wysokość. Jeśli więc w warunkach idealnych, lecąc do przodu, opadamy około 1m/s to podczas wykonywania skrętu może to być np. 2m/s lub więcej (zależy od promienia skrętu). Ale jeśli jesteśmy w kominie, pod naszym ukochanym Cumulusem, który ma 4m/s w góre, rachunek jest prosty. Z ciekawostek, w takiej chmurce pada czasami w środku mikro deszcz, który z jednej strony opada grawitacyjnie, ale ruch ten jest kompensowany prądem wstępującym więc opadu nie doświadczamy.

W ramach zmiany warunków pogodowych, czasami większy Cumulus może przekształcić się w większego Cumulonimbusa. Ten przyjaciel jest już niebezpieczny. To typowa chmura burzowa, w środku której noszenia mogą sięgać nawet kilkudziesięciu metrów na sekundę. To wartości jakich nie jesteśmy w stanie skompensować w normalnym locie, ani w kontrolowanym korkociągu. Tym samym grozi nam normalne wessanie w chmurę. Oczywiście pod chmurą, takie potężne prądy nie występują (najczęściej ;), ale dostanie się w powiedzmy komin 10m/s do góry jest zupełnie realne. Zwracam uwagę że to są już wartości naprawdę duże. W ciągu niecałej minuty zyskujemy pół kilometra... Ziemia dosłownie niknie w oczach. Skompensowanie takich 10m/s, wymaga już sporych umiejętności i dlatego jest niezwykle istotnie by kontrolować jaką mamy prędkość wznoszenia się. Wessanie w chmurę może być bardzo niebezpieczne, a w przypadku Cumulonimbusa najczęściej śmiertelne. Dzieje się tak dlatego że warunki atmosferyczne panujące w środku chmury są dalekie od przyjaznych dla nas i paralotni. Deszcz. Bardzo silny, turbulentny wiatr praktycznie uniemożliwiają normalny lot. Na dodatek nic nie widzimy. Dokładamy do tego często lód lub grad i paralotnia szybko zostaje zniszczona lub co najlepiej się nam złoży, pofałduje itd. Aha, jak w głowe dostaniemy sporym lodowym jajkiem to też nie lepiej. Ciężko się lata będąc nieprzytomnym ;-)

No dobra, koniec straszenia, nie zawsze tak przecież musi być :-) Zasadniczo Cumulusy lubimy i wykorzystujemy.

piątek, 27 czerwca 2008

Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull

Siedzę sobie obolały po sekcji na ściance, więc to chyba dobry moment żeby napisać zaległe posty. Co prawda jak zwykle po wspinaczce moje drogocenne ;) opuszki wrażliwie reagują na ciepło. Dziwna reakcja, więc pisanie uskuteczniam w rytmie delikatnym.

A jeśli mowa o filmie... Nie poszedłem co prawda na Indiego w pierwszych dniach, ale zdecydowanie chciałem go obejrzeć. Trailer był całkiem ok, ale tym co naprawdę ciągnęło mnie przed ekran, były wspomnienia z pierwszych części. Nie muszę dodawać że bardzo miłe wspomnienia. Wzbogacone dziesiątkami godzin spędzonymi w szkole średniej przed ekranem komputera na graniu w Indiego (vivat Lucas Arts!) Tak więc któregoś czerwcowego wieczora wyciągnąłem znajomą na nocny seans w Sztuce. A teraz.... przepraszam ją za to :-)

Nie bójmy się powiedzieć, film jest słaby. Nie jest może tragiczny, ale zdecydowanie słaby (2.1). Jeśli go nie widziałeś to nic nie tracisz. Scenarzyści wyciągnęli ostatnią krople soku. Aczkolwiek z pomarańczy z której ktoś wcześniej wydusił już normalną jego ilość. Efekt? Sok jest, pełna szklanka, tyle że sok wyciskany co najmniej ze skórki. Takiej wiecie, grubej, pryskanej i z cellulitem - jak w pomarańczach z Tesco. Aha, i z pestkami. Jakoś się więc historia trzyma kupy, ale ta kupa jakaś taka rzadkawa... Doszedłem potem do wniosku, że może jestem za stary na taki film. Musiałbym skonsultować moje odczucia z mną samym z okresu szkoły - może wtedy wyszedłbym z filmu na miękkich nogach? Tymczasem pozostaje mi tylko raczej napisanie, że film nie oferuje niczego specjalnego. Aha, większość fajnych scen jest w trailerze, i niestety potem w filmie nie robią już one wrażenia.

Jedynym pozytywem jest Harrison Ford, aczkolwiek może nie za grę, ale za to że po prostu jest. Jak na 60 letniego dziadka, trzyma się naprawdę nieźle! Z chęcią chciałbym tak wyglądać za 30 lat :)

Moja ocena: 2.1 - tylko dla prawdziwych wyznawców.

wtorek, 24 czerwca 2008

chiński: to już rok...

Proszę się nie sugerować prostym tłumaczeniem :-)

nie bój się marzyć


nie bój się marzyć...

Zapowiedzi parafialne:
* paralotnie: noszenia, czyli jak lecieć w górę
* paralotnie: chmury i wstęp metereologii
* czaszmian: jazda konna - eee, tak wiem, zwariowałem :P
* kino: zaległe recenzje, w tym indiana jones 3 :-/
* kino: wprowadzenie do ENH'08 (dla opornych)
* kino: pomysły dla uczestników ENH'08
* mac: macbook air - jeśli odbije mi do końca ;-)

Zamówienia na dedykacje przyjmuje gosposia na zakrystii.

niedziela, 22 czerwca 2008

paralotnie: sztuka lądowania na drzewie

Lądowanie na drzewie nie należy do najprostszych, najprzyjemniejszych ale i do najrzadszych. Dlatego wiedza dotycząca bezpiecznego lądowania paralotnią na drzewie należy do informacji, którą każdy z lataczy powinien posiąść.


No więc lądujemy. Teren tragiczny. Wiemy już, że drzewa nie wyminiemy. Czy jest to coś pojedynczego (jak na zdjęciu), czy też cały duży zagajnik bez skrawka polany, warto pamiętać o kilku rzeczach. Przede wszystkim paralotnia ma dużą bezwładność: Każdy manewr zabiera cenne sekundy, co przy prędkości rzędu kilku m/s oznacza często 20m dalej :-) Innymi słowy zapomnijmy o piękny manewrach, gdzie idealnie wlecimy między dwa drzewa lub w krzywą polanke o metr szerszą od paralotni gdzie zakręcimy z dokładnością do centymetrów. To się nie uda. Nie mają więc sensu próby manewrowania jak na parkingu, bo zawiodą na pewno, a na dodatek jeśli zaczepimy kawałkiem skrzydła o drzewo, sytuacja potoczy się błyskawicznie: skrzydło się np. złoży, rozedrze, a my spadniemy z wysokości nastu metrów...

Dlatego kiedy wiemy już że przed nami nieuniknione, podejmujemy błyskawicznie kilka ważnych decyzji:
* lepsze drzewa liściaste bo bardziej elastyczne i lepsza amortyzcja
* lepsze troche większe niż malutkie (musimy się utrzymać!)
* wlatujemy centralnie w środek, tzw. 'na pień' (o tym za chwile)
* celujemy czubek, ale nie za wysoko

W lądowaniu 'na pień' chodzi bowiem o to, żeby skrzydło przeleciało centralnie nad drzewem (my właśnie dobiliśmy do pnia, więc skrzydło u góry mając prędkość wyprzedza nas) i zawinęło się po drugiej stronie całego drzewa. Dzięki temu, na pewno my + skrzydło skutecznie splątamy się na drzewie po obu (!) jego stronach i po prostu zawiśniemy na linkach jak w pajęczynie. Jeśli próbowalibyśmy oblecieć drzewo, lub nie uderzyć w środek, to skrzydło poleci dalej, prawdodpobnie nas wyrwie bo nie mamy czego się chwycić, straci tak czy tak sterowność i poleci w dół, a my po prostu spadniemy za nim. Auć.

Jak już się złapiemy to za wszelką cene chwytamy się grubych konarów lub pnia i nie pozwalamy się wyrwać skrzydłu: co zapewniam Was, będzie próbowało wrednie zrobić. Na nic marzenia że może warto bo je ustabilizujemy. Nie wolno się puścić drzewa. W tej bowiem chwili skrzydło jest nie do opanowania i jeśli nas wyrwie, to po prostu spdadniemy za nim na ziemie z kilku/nastu metrów. Mniam :/

Utrzymaliśmy się. Szybki telefon do przyjaciela, lub GOPRu, a w międzyczasie kilka słów o wyposażeniu: warto ze sobą mieć trzy rzeczy, na wypadek leśniczych niespodzianek:
* telefon, żeby zadzwonić po pomoc.
* nić dentystyczną (sic!)
* małą składaną piłkę do drewna (brzeszczot).

Wyjaśnienie potrzebne jak się domyślam tylko dla nici dentystycznej :-) Mianowicie jest to ogólnie dostępny, tani, bardzo bardzo mały, lekki, zapas wytrzymałej, długiej (30m) liny, z odważnikiem (pudełko) na końcu. Umiejąc schodzić przy pomocy liny do wspinaczki i karabinka (wiwat wspinanie się na ściance!) możemy sobie poradzić w schodzeniu z drzewa: problem polega na tym że nie będziemy brali grubej, ciężkiej liny wspinaczkowej ze sobą na lot, zaś gdy pod drzewo przyjdzie nasz znajomy (telefon :) to przecież nie wrzuci nam jej ot tak sobie na 20m w górę. Tutaj przydatna będzie właśnie nić, która opuszczona (pudełko jako odważnik!) posłuży nam do wciągnięcia liny (lub kanapki jeśli wisieliśmy pół dnia :) do góry, przywiązanej liny. Proste i pomysłowe :)

Jak mówią statystyki ponad połowa wypadków związanych z paralotniami i drzewami związana jest z upadkiem z drzewa po lądowaniu. Warto więc schodzić rozważnie i nie cieszyć się przedwcześnie! Ubezpieczenie też pomaga ;-)

Aha, jak już zejdziemy, to radzę: paralotnie spokojnie można zostawić i iść do domu odpocząć po stresującym lądowaniu (i dać znać partnerowi, że to co za chwilę powiedzą o nas w TV to plotki :-). Zdecydowanie nikt nam nie ukradnie poplątanego kawałka szmaty zawieszonego dość wysoko na drzewie. Co najwyżej orły nam na nią nasrają ;-) Ściągniemy ją następnego dnia. Na spokojnie.

paralotnie: niespodzianki spadanki

Lataliśmy wczoraj w nowej lokacji. Wystawa południowa, całkiem miłe przewyższenie, niestety mieliśmy boczny zachodni wiatr, a tylko momentami południowo-zachodni. Utrudniało to zdecydowanie start, gdyż stawianie paralotni i pierwsze kroki musieliśmy wykonywać w poprzek stoku (pod wiatr). Na dodatek pogoda była poburzowa, co powodowało dużą zmienność wiatru (kierunek i siła).


W miare upływu dnia wiatr wzmagał się i chwilami warunki były, dla nas początkujących, nienajłatwiejsze. Miałem jeden taki lot, gdzie start był prawie natychmiastowy: poderwał mnie bardzo silny podmuch, by dosłownie kilka sekund później miotnąć mną tuż nad ziemie. Na szczęście nie siedziałem jeszcze w uprzęży i wybiłem się drugi raz nogami, oczywiście przy wydatnej pomocy wiatru który ponownie porwał mnie na kilka metrów w górę :-) Frajda jak na karuzeli. W takich warunkach, nie zdecydowałem się jednak na dłuższy lot, i podjąłem decyzje że podchodzę do lądowania od razu jak to tylko możliwe. Decyzje wspierały podmuchy, mocno utrudniającę pilotowanie, a dokładnie prawie mi je uniemożliwiające: moję umiejętności są bowiem wciaż podstawowe.

Tak więc lądowanie. Bieżąca wysokość pomiędzy 5 i 10m (wiatr robi swoje), wybieram miejsce po mojej prawej, decyduję czy przelecę nad drzewkiem czy obok, próbuję ocenić kiedy będzie następny podmuch wiatru, szacuję prędkość opadania i punkt przyziemienia, zaciągam prawą sterówke, ustawiając paralotnie pod wiatr wzdłuż stoku, czekam ułamek sekundy i zaciągam maksymalnie obie sterówki hamując ile się da (przed manwerem na oko leciałem 10m/s) kompensując też prędkość opadania. Obie nogi złączone, lekko ugięte, mieśnie naprężone. Przyziemienie. Delikatna wywrotka i natychmiastowe wygaszenie skrzydła, żeby mnie przy tym wietrze nie przeciągnęło po ziemi. Całość trwała do dwóch sekund.

W takich chwilach (a raczej po nich, jak przychodzi czas na ich analize) jestem pełen podziwu dla mózgu jako narzędzia. Dosłownie w ułamku sekundy ma miejsce analiza wszystkich możliwych zmiennych, a nastepnie ciało przystępuje do natychmiastowego wykonania. Każda taka sytuacja daje niezłą satysfakcje i frajdę, choć złośliwi mówią że to tylko efekt adrenaliny ;-)

W rytmie Viva La Vida, spisywał to na lekkim powiankowym kacu, Szmato Latacz.

czwartek, 19 czerwca 2008

paralotnie: startowanie dla opornych

Start to niewątpliwie najtrudniejszy element pilotażu. Może w przyszłości, jak zakosztuję lotów żaglowych nad zatłoczonym nadmorskim klifem, zmienię zdanie, na teraz jednak to właśnie start daje najbardziej w kość. Przede wszystkim ze względu na ilość rzeczy, na które musisz jako pilot zwracać uwage, i które musisz przez cały czas kontrolować. Jak dodamy do tego wiatr, który może nagłym podmuchem lub zmianą kierunku zakłócić nam proces to efekt w postaci wywrotki murowany. No ale frajda z uczucia tuż po oderwaniu od ziemi gwarantowana i widoczna poniżej.


Opis dotyczy startu klasycznego. Start alpejski trenowałem, ale zostawiam na inny raz. Zaczynamy więc od wyboru kawałka stoku: czyt. powierzchni o nachyleniu - element niezbędny do startu (zwłaszcza im słabszy wiatr). Co istotne, lekki wiatr jest bardzo pomocny, wręcz wymagany. Oczywiście startujemy pod wiatr, stąd wybór stoku nie jest łatwy. Bardzo rzadko zdarza się że mamy górę z wystawą na wszystkie strony świata. Zazwyczaj odpowiedniej wielkości polana jest tylko z jednej strony - jeśli w ogóle. Niestety w naszej szerokości geograficznej większość szczytów jest bowiem zalesiona (swoją drogą ciekawe czy ktoś lata z połonin bieszczadzkich.... oczywiście po tym jak wniesie solidny plecak na ich szczyt ;) - muszę to rozważyć). Dobra, stok mamy, polana jest, długość kilkadziesiąt metrów na rozbieg zapewniona. Wiatr w twarz. Co dalej?

Rozkładamy skrzydło w delikatną podkowę, idealnie pod wiatr. I D E A L N I E. Dlatego że ewentualne zmiany osi, wymagają potem podczas startu kontroli paralotni, większego biegania na boki i aktywnego sterowania - co oczywiście dla zaawansowanego pilota nie jest trudne, ale dla mnie wciąż jest. Sprawdzamy dodatkowo czy komory na krawędzi natarcia skrzydła są wyeksponowane (złapią powietrze), a linki nie splątane. Wpinamy się uprzężą w skrzydło, chwytamy prawidłowo linki sterownicze i taśmy A, dwa kroki w tył i ostatnie sprawdzenia:
* czy mamy dobrze zapiętą uprząż
* czy karabinki są zabezpieczone
* czy wiatr nie zmienił kierunku
* kask na głowie?
* przestrzeń powietrzna wolna (brzmi śmiesznie, ale zderzenie dwóch paralotni przy starcie już nie jest!)

Do boju. Zaczynamy płynnie biec do przodu. Oczywiście starcza nam linek raptem na kilka kroków, po czym prawie stajemy w miejscu, bo skrzydło przy bardzo dużym oporze zaczyna się podnosić. Śmieszna to sytuacja, bo biegniesz niejako w miejscu, cała para w pracę nóg, a stoisz prawie w miejscu. W tej właśnie chwili bieg idealnie na osi wiatru i ułożenie paralotni jest bardzo ważne. Dzieje się tak dlatego że nie widzimy skrzydła, a musi ono wstawać dokładnie pionowo nad nas, bez żadnych załamań. Mając więc nadzieje że tak jest dalej intensywnie holujemy do przodu skrzydło. Dodatkowo wspieramy to przemieszczając ramiona z wyciągniętych do tyłu (skrzydło nas ciągnie) do przodu (BEZ zginiania w łokciach).

OK: Paralotnia jest już nad nami - czujemy bowiem znaczące zmniejszenie oporu. Jako że cały czas próbujemy się rozpędzić (napędęm nożnym ;) zaczynamy powoli przyśpieszać. Puszczamy więc taśmy A (które trzymaliśmy od początku). Wykonujemy szybką kontrolę wizualną paralotni (głowa do góry, nie na boki!) i jeśli tylko skrzydło jest ładnie rozstawione, biegniemy mocno do przodu. Jeśli nie, przerywamy start. Tu właśnie przed pilotem trudna decyzja jeśli zobaczył on mocne skrzywienia skrzydła (bo np. wiatr troche znosi je nam na bok lub było źle rozłożone). Próbujemy to oczywiście korygować (zawsze biegnąc tak by być na środku skrzydła, oraz ciągnąc sterówkę przeciwną do wychylenia). Cały czas też (jeśli zdecydowaliśmy się na start) biegniemy w dół po stoku ile fabryka dała.

Jeśli wszystko przebiega dobrze, a matka natura nie zafundowała nam nagłej zmiany wiatru, w którymś momencie biegu (zazwyczaj po 10..20 metrach) zaczynamy czuć że paralotnia podnosi nas powoli do góry. WOAAA... Ważne by w tym momencie nie siadać w uprzeży, i nie przestawać biec! Dalej dajemy do przodu przez przynajmniej pare metrów, tak by ostatnie kroki wykonać już w powietrzu, majtając malowniczo nogami :-) Tłumimy też odruch początkujących by wyskoczyć w powietrze (źle się to skończy bo rozluźnimy linki i paralotnia najpewniej się złoży) lub by chwytać się taśm.

No i jesteśmy w powietrzu :-D Uspokajamy tętno i dopiero po kilku/nastu sekundach siadamy wygodnie w uprzęży i ... zaczynamy delektować się udanym startem.

niedziela, 15 czerwca 2008

paralotnie: sytuacje (prawie) ekstremalne

Było ostatnio o tym że latanie na paralotni jest dość proste... i bezpiecznie. Khem khem :-) Troche więc na przekór ostatniego postu, napiszę tutaj o moich dotychczasowych sytuacjach 'bolesnych'. Upraszam moją Mamę o nie czytanie i nie oglądanie zdjęć :-)

1. trudne lądowanie

Przy pierwszym lądowaniu, zrobiłem dwa istotne błędy: nie wyhamowałem przed lądowaniem - tym samym miałem prędkość dość sporą. Dodatkowo leciałem w pozycji siędzącej-poziomej (wyciągnięte nogi) do samego końca. Zaledwie 20 cm nad podłożem chciałem zacząć lądowanie. Należało oczywiście wyciągnąć nogi i zacząć biec dużo wcześniej. Efekt: nogi wciągnęło mi pod spód (wiwat usztywniane buty, inaczej miałbym zwichnięte kostki!) oraz przeciągnęło mnie na brzuch. W sumie się trochę wystraszyłem :-) ale dzięki temu następne lądowania perfekcyjne. Aha, już pisałem o wiatrach, które dość intensywnie zmieniają prędkość pionową paralotni: przy tym pechowym lądowaniu, na dodatek tuż przed przyziemieniem dostałem się dodatkowy ciąg w dół więc lot był dość szybki.

2. nieudany start

Biec przy starcie trzeba naprawde szybko. Ile fabryka dała, bo od tego wszystko zależy. Jeśli nie pobiegniesz wystarczająco szybko to po chwili kopyrtek i szorowanie brzuchem bądź tyłkiem w krzaczorach gwarantowane :-) Na zdjęciu kumpel tuż przed wywrotką. Do tej pory miałem tylko jeden taki start, więc idzie mi naprawde nieźle. Na szczęście na kursie obecnie startujemy z bardzo bezpiecznego startowiska (duży rozbieg, niżej płasko). Inaczej sytuacja wygląda przy startach w górach, często z wąskiej (krótkiej) półki. Tam jak sie pomylisz, to polecisz kilkadziesiąt a często i kilkaset metrów w dół: bynajmniej bez pomocy sprzydła, co kończy się tragicznie :-( Polecam filmiki na YouTube.

3. Krzaczory
Przelot przez krzaki bywa bolesny. Na naszej dzisiejszej górce, w końcowej fazie lotu, mieliśmy takie przeszkadzacze. Niestety jak to mówią, młodych pilotów drzewa zawsze przyciągają, więc przez jedne takie przeleciałem. Cóż było robić. Nogi zwarte, mocno przed siebie, ręce blisko, głowa w dół (kask zasłania twarz) i wziuuuuum. Przeszedłem jak burza (jak mi potem mówili :-) i nawet nic się nie stało (kilka odrapań na dłoniach). Na kursie mieliśmy też dyskusje i szkolenie jak bezpiecznie lądować na drzewach. Bezpiecznie w sensie żeby co najwyżej złamać nogi.

4. Pachwiny
Dolne taśmy od uprzeży (czyli tego na czym siedzimy) potrafią dość boleśnie obetrzeć pachwiny. Zależy to od ilości startów i lądowań, bo wtedy właśnie najbardziej daje to w kość. Warto więc założyć dłuższą bielizne pod długie spodnie, i to taką z tych grubszych (a nie koronkowo-sypialnianych :-)). Rada tym bardziej dla kobiet, bo przy obtartych pachwinach, pewne pozycje będą wykluczone ;-)
W każdym razie ja mam do teraz troche obtarte, ale obecnie nie przeszkadza mi to :-)

To na tyle, i mam nadzieje że kontynuacji nie będzie.

piątek, 13 czerwca 2008

paralotnie: ciekawostki, czyli co mnie zdziwiło

Kilka rzeczy mnie zdziwiło - czy raczej, miałem o nich wcześniej inne wyobrażenia. Post z gatunku: ku przestrodzę...

1. Co jest najtrudniejsze? Start.
I to dalece trudniejszy niż lądowanie. O startowaniu to jeszcze osobny post napisze, teraz ogranicze się do tego, że start jest naprawde trudny. Wymaga sporo przygotowań, ćwiczeń, praktyki, a wiatr i tak może nami majtnąć (i zrzucić w dół łamiąc np. kręgosłup :)

2. Pierwsze lądowanie: naprawde proste.

Bałem się trochę przed startem, ale już w powietrzu zapomniałem o tym. Praktycznie jeśli idzie o lądowanie to w ogóle nie było szkolenia. Jest to miare naturalna czynność, po prostu nagle zaczynasz biec na ziemi (lub iść jeśli zrobisz to poprawnie). Oczywiście to przy założeniu że miałeś gdzie wylądować, ale my na razie latami w bezpiecznych miejscach, gdzie hektary pól przed nami (no prawie :). W każdym razie lądowanie jest daleko mniej straszne niż się wydaje.

3. Łażenie pod góre: szmata troche waży.
Jak się ćwiczy jak my na małych górkach, to co lot, trzeba to wnieść na góre (złożone na tulipana). Bynajmniej nie jest to lekkie, a jak musisz to robić kilkanaście razy, w krzaczorach, zaroślach itp, to.... chyba nie miałem tego świadomości :) Co prawda znajomy na zdjęciu uśmięchnięty ale nie dajcie się zwieść: to poza do zdjęcia ;)


4. Linki...

Paralotnia ma ich kilkaset metrów (300m), ale po dość szybkim czasie umiemy się z nimi ochodzić. Na początku sporo strachu: czy nie splątałem - czy polece? czy nie załamie mi się skrzydło bo coś z linkami spi...łem. Na szczęście wygląda ta plątanina często strasznie, ale jest ok. Da się przeżyć.

5. Powietrze nie jest nieruchome.

Pierwsze loty za mną (takie do 60 sekund, 50..80m w dół) i widze że bynajmniej nie jest to ruch jednostajny w dół... Skrzydłem w czasie lotu rusza, to w góre to w dół i to całkiem sporo - ruch jest wyraźnie wyczuwalny (bo jednostajnie przyśpieszony, wię błędnik daje nam znać). Oczywiście ruchy nie są natychmiastowe tylko wahadłowe, ale są od nas całkowicie niezależne - to masy powietrza ruszają się, wiatr wieje, no i skrzydło sobie lata. Wrażenie niesamowite. Warto więc pamiętać, że to tam u góry rusza się całkiem sporo... Dużo więćej niż myślałem zanim byłem w powietrzu.

6. Prędkość opadania jest spora.

Jeśli tylko nie mamy noszeń w góre (kominy, wiatr po nawietrznej zbocza itp), to paralotnia nie leci poziomo, ale dość szybko traci wysokość :-) O doskonałości jeszcze kiedyś popiszę, na teraz tylko wniosek taki, że prędkość opadania jednak jest spora i do lądowania trzeba zabierać się szybko, jeśli nie mamy prądów wznoszących, to lot będzie krótki. Oczywiście w kontekście przyziemienia jest to prędkość (składowa pionowa) dalece mniejsza niż w spadachronie, a więc i bezpieczna, ale w kontekście lotu, czasu trwania (czy np. ilości czasu jaką mamy by znaleźć miejsce do lądowania, czy wykonać kilka skrętów, zdecydowanie mała)

To tyle ciekawostek na pierwszy raz: więcej będzie.

niedziela, 8 czerwca 2008

paralotnie: pamiętnik znaleziony na drzewie

Do nazwy 'moje horyzonty' pasuje zadziwiająco dużo rzeczy. Kolejną którą tu włoże będą moje doświadczenia z paralotniami. Na obecnym etapie nauki wpisy z gatunku czarnego humor (jak lądować na drzewie, dlaczego źle pływa się z paralotnia oraz jak lądować w błocie (odp: nie na brzuchu!)). Potem mam nadzieje pisać z konkretnych, ciekawych lokacji w Polsce i zagranicą (bo u nas mało dobrych miejsc do latania). Osobom które jednak wolą mainstream bloga, czyli elementy filmowe, polecam czytanie postów tylko z tagiem kino (http://mojehoryzonty.blogspot.com/search/label/kino).

W ramach roku 2008 i czasu zmian, zapisałem się na kurs. I nie żałuję. A wręcz przeciwnie, żałuje że zwlekałem tak długo. Co prawda jest to sport który docelowo zdecydowanie lepiej uprawia się we dwójkę, ale bynajmniej nie należy do trudnych i moim zdaniem najtrudniej to jest się zapisać. Jak to zwykle ze mną bywa (przekleństwo analitycznego mindsetu) zanim się zapisałem, dokładnie przetrzepałem sieć wybierając szkoły pod wszelkim możliwym kontem. Wynik: duży arkusz ze wszelkimi możliwymi danymi, adresami, cenami itp - jeśli ktoś go chce, proszę zostawić swoje dane w komentarzach: udostępnie. Zapisy zapisami, potem już tylko z górki. Także dosłownie :-)

Pierwsze zdziwienie podczas inauguracji kursu (a raczej tuż po zakończeniu pierwszego dnia), to to, że ten sport bynajmniej potrafi dać wytrzymałościowo w kość. Biegania, chodzenia, noszenia paralotni jest sporo. Zwłaszcza przy nauce stawiania i utrzymywaniu skrzydła (lub glide'a lub spolszczonego glajta: jak mówimy na paralotnie) kondycja więcej niż wskazana. Bieganie w przykucu, bez patrzenia pod nogi (co powoduje że odruchowo przy każdym kroku mamy naprężone mięśnie na wypadek kreciej nory) z rękami w górze, sporym plecakiem na plecach i pokaźną dawką adrenaliny we krwi męczy dość znacząco. Wniosek prosty: nie jest to nic strasznego, ale jest to sport należący do męczących :)

Początek to nauka przede wszystkim na ziemi. Układanie paralotni... Oj trwa to trwa, linek mnóstwo, ustawić przed startem (lub chociażby poderwaniem) trzeba dokładnie, oczywiście linek jest masa. W pierwszym momencie jest to przerażające, w sensie: jak ja się do tego naucze przypinać.... Co ciekawe odplątywanie linek to zdolność ściśle praktyczna. Mi jak się splątają to i 20 minut może zabrać doprowadzenie do stanu który uznaje za bezpieczny do startu (przypominam że na tym się potem leci całkiem wysoko :) - instruktor rozplątuję każdy węzeł (który miłościwie Wam tu piszący był w stanie wygenerować podczas nauki zamiatania paralotnią ziemi) w maks 5 minut... W każdym razie, rozkładanie paralotni chwile czasu zajmuje. Składanie zresztą też. Na szczęśćie to nie spadachron, więc proces składania nie musi być ultra dokładny. Bardziej chodzi o wygode, nie zniszczenie pokrycia i rozsądne rozmiary po operacji :)

No i ostatnia rzecz. Paralotnia rozłożona na ziemi, stawiam ją w powietrze (prosto się piszę...) co wymaga wiele prób i nauki. I często różnie się kończy...



OK jest nade mną..
Teraz niby utrzymanie jej w tej pozycji (wieje słaby wiatr: wymóg, o którym jeszcze potem) więc easy - tak? yyyy WRONG! Jak jesteśmy w powietrzu, to grawitacja idealnie ciągnie nas w dół, wszystkie linki naprężone, ruch postępowy (ale jestem bystry :) daje siłe nośną (w połączeniu z aeorodynamiką skrzydła) więc nie ma problemu, ale na ziemi szmata (pieszczotliwie zaczałęm tak mówić na swoje skrzydło już po 5 minutach stawiania go) lata na boki jak pijany na plantach. A żeby toto utrzymać, trzeba pod tym INTENSYWNIE biegać, ciągnąć za te sznureczki, łeb do góry zadzierać (kask wali w kark :) - pot ścierać z czoła, no i dzielnie znosić wrzaski instruktora: w lewo baranie, pod skrzydło, ciągnij, ciągnij - no gdzie LEZIESZ!!! Jak to gdzie, w szkode :-)

Ciekawe jest to że (między innymi :) by utrzymać skrzydło w powietrzu trzeba:
* cały czas być pod nim, więc jak ucieka, to biec pod niego
* utrzymywać go 'napompomowane' - czyli odbiegać delikatnie od niego
* odpowiedni ciągnąć za sterówki.
Ten pierwszy element jest najtrudniejszy bo niezgodny z logiką: jak skrzydło nam odlatuje w lewo, to my odruchowo (akcja reakcja) chcemy ciągnąć w drugą strone: błąd i szmata już jest na ziemi, najczęściej totalnie poplątana, a przed nami 15 minut zabawy ze sznurkami...

No nic, praktyka czyni mistrzem :)

Czas Zmian: Paralotnie


Ciąg dalszy nastąpi..