niedziela, 8 czerwca 2008

paralotnie: pamiętnik znaleziony na drzewie

Do nazwy 'moje horyzonty' pasuje zadziwiająco dużo rzeczy. Kolejną którą tu włoże będą moje doświadczenia z paralotniami. Na obecnym etapie nauki wpisy z gatunku czarnego humor (jak lądować na drzewie, dlaczego źle pływa się z paralotnia oraz jak lądować w błocie (odp: nie na brzuchu!)). Potem mam nadzieje pisać z konkretnych, ciekawych lokacji w Polsce i zagranicą (bo u nas mało dobrych miejsc do latania). Osobom które jednak wolą mainstream bloga, czyli elementy filmowe, polecam czytanie postów tylko z tagiem kino (http://mojehoryzonty.blogspot.com/search/label/kino).

W ramach roku 2008 i czasu zmian, zapisałem się na kurs. I nie żałuję. A wręcz przeciwnie, żałuje że zwlekałem tak długo. Co prawda jest to sport który docelowo zdecydowanie lepiej uprawia się we dwójkę, ale bynajmniej nie należy do trudnych i moim zdaniem najtrudniej to jest się zapisać. Jak to zwykle ze mną bywa (przekleństwo analitycznego mindsetu) zanim się zapisałem, dokładnie przetrzepałem sieć wybierając szkoły pod wszelkim możliwym kontem. Wynik: duży arkusz ze wszelkimi możliwymi danymi, adresami, cenami itp - jeśli ktoś go chce, proszę zostawić swoje dane w komentarzach: udostępnie. Zapisy zapisami, potem już tylko z górki. Także dosłownie :-)

Pierwsze zdziwienie podczas inauguracji kursu (a raczej tuż po zakończeniu pierwszego dnia), to to, że ten sport bynajmniej potrafi dać wytrzymałościowo w kość. Biegania, chodzenia, noszenia paralotni jest sporo. Zwłaszcza przy nauce stawiania i utrzymywaniu skrzydła (lub glide'a lub spolszczonego glajta: jak mówimy na paralotnie) kondycja więcej niż wskazana. Bieganie w przykucu, bez patrzenia pod nogi (co powoduje że odruchowo przy każdym kroku mamy naprężone mięśnie na wypadek kreciej nory) z rękami w górze, sporym plecakiem na plecach i pokaźną dawką adrenaliny we krwi męczy dość znacząco. Wniosek prosty: nie jest to nic strasznego, ale jest to sport należący do męczących :)

Początek to nauka przede wszystkim na ziemi. Układanie paralotni... Oj trwa to trwa, linek mnóstwo, ustawić przed startem (lub chociażby poderwaniem) trzeba dokładnie, oczywiście linek jest masa. W pierwszym momencie jest to przerażające, w sensie: jak ja się do tego naucze przypinać.... Co ciekawe odplątywanie linek to zdolność ściśle praktyczna. Mi jak się splątają to i 20 minut może zabrać doprowadzenie do stanu który uznaje za bezpieczny do startu (przypominam że na tym się potem leci całkiem wysoko :) - instruktor rozplątuję każdy węzeł (który miłościwie Wam tu piszący był w stanie wygenerować podczas nauki zamiatania paralotnią ziemi) w maks 5 minut... W każdym razie, rozkładanie paralotni chwile czasu zajmuje. Składanie zresztą też. Na szczęśćie to nie spadachron, więc proces składania nie musi być ultra dokładny. Bardziej chodzi o wygode, nie zniszczenie pokrycia i rozsądne rozmiary po operacji :)

No i ostatnia rzecz. Paralotnia rozłożona na ziemi, stawiam ją w powietrze (prosto się piszę...) co wymaga wiele prób i nauki. I często różnie się kończy...



OK jest nade mną..
Teraz niby utrzymanie jej w tej pozycji (wieje słaby wiatr: wymóg, o którym jeszcze potem) więc easy - tak? yyyy WRONG! Jak jesteśmy w powietrzu, to grawitacja idealnie ciągnie nas w dół, wszystkie linki naprężone, ruch postępowy (ale jestem bystry :) daje siłe nośną (w połączeniu z aeorodynamiką skrzydła) więc nie ma problemu, ale na ziemi szmata (pieszczotliwie zaczałęm tak mówić na swoje skrzydło już po 5 minutach stawiania go) lata na boki jak pijany na plantach. A żeby toto utrzymać, trzeba pod tym INTENSYWNIE biegać, ciągnąć za te sznureczki, łeb do góry zadzierać (kask wali w kark :) - pot ścierać z czoła, no i dzielnie znosić wrzaski instruktora: w lewo baranie, pod skrzydło, ciągnij, ciągnij - no gdzie LEZIESZ!!! Jak to gdzie, w szkode :-)

Ciekawe jest to że (między innymi :) by utrzymać skrzydło w powietrzu trzeba:
* cały czas być pod nim, więc jak ucieka, to biec pod niego
* utrzymywać go 'napompomowane' - czyli odbiegać delikatnie od niego
* odpowiedni ciągnąć za sterówki.
Ten pierwszy element jest najtrudniejszy bo niezgodny z logiką: jak skrzydło nam odlatuje w lewo, to my odruchowo (akcja reakcja) chcemy ciągnąć w drugą strone: błąd i szmata już jest na ziemi, najczęściej totalnie poplątana, a przed nami 15 minut zabawy ze sznurkami...

No nic, praktyka czyni mistrzem :)

Brak komentarzy: