poniedziałek, 29 marca 2010

paragliding: Słowenia, Anteny podejście drugie

Pierwsze co robimy rankiem to szybki rzut oka na niebo. Oko upada niedaleko i nawet nie boli specjalnie. To serce krwawi: niebo zachmurzone. Werdykt: pogoda nie do latania. Lekki wkurw, bo kolejne dwa dni zdecydowanie ma lać (www.meteoblue.com) i dopiero w czwartek/piatek bedzie sie znowu dało latać. Może, bo wiadomo że dalekie prognozy to ki czort wie jak sie sprawdzaja. Przejechać 1000km by polatać jeden dzien, to troche przesada. Nawet jeśli pierwszy dzień był jak widać poniżej idealny..


Ku naszej uciesze o 11 nad szczytami zobaczyliimy kilka glajtow. Co prawda robią szkolne zloty, ale wystarczające by nas zmotywować. Wio z kampingu, przebieranie i na góre. Samochód zostawiliśmy na parkingu u góry, i zasuwamy przez las z buta na sam szczyt. Na niebie niby cirrus (bardzo wysokie rzadkie pierzaste chmurki), więc latanie powinno byc słabe, ale o  12 robi się niebieskie 'okienko'. Prezent od Bogów? Startujemy, choć ze słabym przekonaniem i na pewno bez ambitnych celów. Ot polatajmy troche na głównym masywie Lijaka. Możę jakieś figurki wymodzimy.


Tuż po starcie szybka decyzja: lewo czy prawo? Wybieram prawo bo cycki. Tzn tzw cycki :-). Czyli dwa sliczne wzgorki. Jagódki znaczy :) Po prawdzie to żadne skojarzenia nie wpłynęły na moją decyzję, po rostu to jedyne nasłonecznione wzgórza w dolinie. Coś tam musi byc termicznego. I jest. Kominki dzisiaj slabsze, po 3m/s, ale są i co najwazniejsze idą stabilnie w gore. Berbeć wlecze dupsko dolinką przy drugim cycku, Maro poniżej przy skałach żebrze. Ja mam trochę więcej szczęścia. Udaje mi sie wykrecić podstawę (dzisiaj tylko 1700mnpm). Decyduje więc że zawracam i spróbuje polecieć na wschód znowu do Anten. Maro i Berbeć widza że sie da i szybko idą za mną. Pykam kilka fotek Marowi.


Nad Czavenem (czy jak sie tam to pisze) robimy razem z Marem w jednym rozleglym kominie podstawę. Chmura jest ogromna i ssie niesamowicie. Turbulencje też spore, jak to pod chmurą, ale kręcimy do końca podstawy twardo, jeśli mamy bowiem przeskoczyć na następny masyw, musimy mieć zapas wysokości. Mając na budziku 1800mpnp wjeżdzamy w mleko. Powoli wszystko zasnuwa się mgłą i nic nie widać... Wrażenie niesamowite i inne od oczekiwanego. Chmury nie mają dyskretnych granic (jak powiedziałby pewnie mój brat). Najpierw nie widzisz nic do góry i masz wrażenie jakbyś przebywał pod rozległym ciemno szarym sufitem. Za chwile powoli tracisz widoczność także na boki, a jedyne okno ze światem jest pod Tobą. Innymi słowy szary pokój bez okien i drzwi w wariatkowie, z dziurą zamiast podłogi. Za chwile i ono zachodzi mgłą. Dobra dobra - koniec tego bajkopisarstwa. Jesteśmy oddaleni od siebie raptem 100m, i widzimy się piąte przez dziesiąte. Czas uciekać by nie powiedzieć spierd..ać. Maro krzyczy jeszcze przez radio: "ja wschod, ty zachod". Szybki rzut oka na aktualny kierunek i dalej lecę już tylko na GPS, zakładając, że Maro zastosował się do swojego zalecenia i nie wjedzie mi zaraz w kuper. Albo ja jemu. Nic nie widać, ale na szczeście po minucie wyskakujemy z chmury. Wrażenie mleciowate. Zdjęcia zrobiłem, ale były szare więc zamiast nich wrzucam ciekawsze.


Robimy przeskok na kolejny masyw (tzw. Kovk) i zasuwamy w strone celu. Robimy cały Kovk (będzie z 5km?) i nastepnie przeskok na finalne pasmo prowadzące do Anten. Zmienia się pogoda, a niebo zachodzi chmurami w 80%. Na dodatek to są ciemne i ciężkie chmury, nieładne takie, choć, co plus, ssie w góre niesamowicie. Stres jest. Co minute głowa zatacza okrąg (ach te obrotowe kręgi szyjne) i weryfikuje czy pogoda jeszcze jest akceptowalna do latania. Uszy postawione jak u psa. Wystarczy jeden grzmot byśmy natychmiast podjęli o decyzje o lądowaniu. Jest na szczęście cicho. Dolatujemy do celu i zawracamy (ja troche wcześniej wymiękam, bo znowu nie mam fakczonego balastu i pod wiatr lęcę wyraźnie wolniej niż Maro, a nie chcę wracać całkiem sam). Pogoda psuje się bardziej. Berbeć gubi się gdzieś po drodzę i nie odzywa się na radiu. My spadamy z tej doliny na pełnym speedzie. Udaje sie przeskoczyć przełęcz na Kovk bez przeszkód. By wrócić zostaje już tylko przełęcz na Czavena. Jest już jednak późno, termika wysiadła (słońca nie ma) i latamy tylko na tzw. żaglu, czyli silnym wietrze przy graniach. Prawie 4h w powietrzu. Głodno. Zimno. Mokro w spodniach jeszcze nie, ale nie długo... Ląduje wiec na oficjalnym lądowisku pod Kovkiem, czekam na Mara i idziemy do pizzeri gdzie melinujemy sie na wyżerke. Berbeć się znalazł. Jak się okazało próbował dłużej, ale w efekcie wylądowal tylko 5 km dalej, za to w jakiejś czarnej dupie :-) bez śladu restauracji w pobliżu. Tym samym to on dostaje telefonicznie zadanie łapania stopa, powrotu na kamping i następnie zgarnięcia nas (my czekamy na smażony ser, frytki i kalmary :-). W efekcie dotrze po nasze auto i zabierze nas mocno sennych z lokalnej knajpy "Anja" koło 21. Sen zabija nas na kampingu tuż po 22. Poniżej widać jak wyglądało niebo gdy Maro lądował.

niedziela, 28 marca 2010

paragliding: Słowenia, powrót z Anten

Po lądowaniu pierwsze co robie to wcinam prowiant. Niby człeczyna się w powietrzu nie wysila, ale.... te kilka godzin maksymalnej koncentracji, ssie kalorie niczym mięsień czworogłowy uda Armstronga na podjeździe w Tour de France. Popijam balastem, znaczy wodą :-) Troche jestem wkurzony, że nie dałem rady przebić się z powrotem od Anten pod wiatr i solennie obiecuje że następnym razem biore minimum 10kg balastu (dociążona paralotnia leci szybciej, średnio 2km/h na każde 10kg).

Drugą rzecz, to muszę ściągnąć cebulkowe ciuchy. Na ziemi jest +18C, a jestem ubrany tak by wytrzymać te kilka stopni które miałem u góry przy podstawie. Pakuje zabawki i zakładam te swoje 20kg na plecy ruszając w stronę drogi. Czego nie wiem, czeka mnie jeszcze półtoragodzinny marsz doliną zanim złapie stopa. Oraz zakwasy barków dnia następnego :-) W Słowenii załapać stopa prosto, zwłaszcza że serce się kroi jak widzisz takiego drobnego homosapiensa jak ja, zasuwającego z plecakiem podobnej wielkości :) Tym razem zabrało to dłuższą chwilę, gdyż droga byłą bardzo mało uczeszczana (raptem z 30 samochodów naliczyłem). Plułem sobie w brodę, że nie wybrałem do lądowania jakiegoś większego miasta mijanego po drodzę (jak widać na zdjęciu), no ale wtedy nie zrobiłbym Anten...


Złapany Słoweniec okazuje się anglojęzyczny (choć po polsku od biedy da się porozumieć w prymitywny, ale skuteczny sposób) oraz choć nie wie dokładnie gdzie jest mój kamping (a ja też nie wiem  :) dzwoni po swoich znajomych pytając 'gdzie "mieszkają paralotniarze" i gdzie jest góra Lijak :) W końcu decyduje się nadłozyć drogi i zawozi mnie na sam kamping. Po drodze oczywiście standardowa dyskusja o lataniu :) oraz, by zaspokoić moją ciekawość o biznesie i recesji na który zmieniam temat, chcąc się trochę więcej dowiedzieć o tym co i jak finansowo piszczy w Słowenii (miłe oku miejsce na emeryture :). Z ciekawostek: banki wciąż nie chcą w Słowenii udzielać kredytów.

Podróż samochodem trwała koło 30 minut. Dziwne wrażenie oglądać całą trasę, tym razem z dołu. Dłużyła się okropecznie. Nie wiedziałem że był to aż taki kawał drogi. Dziwnie, choć Kaczka dziwaczka czułaby się miodnie.

paragliding: Słowenia, lijakowa wprawka, czyli jak zrobilem anteny

Jechaliśmy z Kraka, do Nowej Goricy przez całą noc. Po kilku dniach intensywnej pracy, imprezowania,  dałem rade prowadzić tylko ;-) do 4am. Potem zmienił mnie Maro, który dowiózł nas na kamping pod Lijakiem na 9tą. Szybkie przepakowanie, zakwaterowanie, mega kawa i wio na startowisko.


Pogoda wygląda na idealną. Nie ma co czekać. Trzeba startować, co też niezwłocznie robimy, będąc już około 12am w powietrzu. I rzeczywiście, u góry okazuje się że warunki do latania są świetne. Kominy termiczne nawet do 6m/s w gore. Ciężko mi opisać jak wielka to frajda wykorzystywać w praktyce cykl cyrkulacyjny natury, który każdy zna ze szkoły podstawowej. Prądy wznoszące chętnie i miło wynoszą do góry nie tylko pare wodną, ale i paralotniarzy. Pod warunkiem że je umiemy znaleźć ;-) Umiemy!

Wykręcam pierwszy sufit w tym roku. Sufit, czyli poziom podstawy chmur, zwany też w skrócie  po prostu 'podstawą'. Wyżej na paralotni sie nie da latać (mniej więcej), bo na poziomie podstawy chmur, gdzie zaczyna się kondensacja, kończa się jednoczęśnie prądy wznoszące. Dokładniej to kończą się w środku chmury, ale tam już nie wlatujemy z oczywistych powodów (widoczność i turbulencje).


Po około 20 minutach w powietrzu, i oswojeniu się z warunkami (wszak to pierwsze większe latanie dla mnie w tym roku), decyduje się na dłuższy przelot. Chciałbym 'zrobić anteny'. Czyli przelecieć wzdłuż trzech dolin i trzech masywów odległość około 40km, w tym wykonać dwa trudniejsze 'przeskoki' pomiędzy pasmami gór. Chcieć to móc, mawiają, więc lecę, dając znać chłopakom przez radio. Maro decyduje się polecieć ze mną.


Kolejne kilometry lecą. Kolejne godziny. Jesteśmy wciąż w powietrzu łapiąc kolejne kominy i posuwając się do przodu. Udaje sie przeskoczyc mi dwie przełęcze i po 3 godzinach "robię" osławione anteny, będąc w linii prostej 40km od startu (mój GPS pokazał ponad 60km trasy ze wszystkim kółkami itd). Mój życiowy rekord. Sam jestem nim totalnie zdziwiony. Za antenami jest już płaskowyż, a ponieważ w chwili euforii nie do końca przemyślałem sprawe 'co dalej', wlatuję za nisko w wylot ostatniej dolinki. Jednocześnie wieje tak silnie, że gdy po Antenach robie zwrot by spróbować wrócić, mam postępowa pod wiatr na poziomie 5km/h przy ciągłym opadniu. Pode mną las, więc nie wygląda to na rozsądny powrót, chyba że dla botanika zainteresowanego zbieraniem igliwia przed opadem.. Top landing (lądowanie na szczycie góry) przy antenach to głupi pomysl (zbyt trudne to dla mnie), wiec jedyne co mi zostaje to odwrócić się znowu i polecieć dalej na płaskowyż za antenami i gdzieś tam wylądować. Pomny doświadczeń ostatnimi czasy, jeszcze przed lądowaniem, gdy mam około 500m wysokości, dokładnie obczajam rozkład dróg i wiosek tak by wiedzieć gdzie i jak wracać. Udaje mi się też wytypować dużą polanę niedaleko drogi, bez żadnych drzew na nawietrznej, innymi słowy, idealne lądowanie. Które też kilka minut później bezpiecznie przeprowadzam. Pierwsze w życiu 40km zaliczone.

sobota, 27 marca 2010

paragliding: Slovenia, italy and EASTer alps

Paralotniowy rok 2010 czas rozpocząć. Sporo wyposzczony od czasu wyprawy do Hiszpanii w listopadzie, nie moglem sie juz doczekac końca marca. Plan wyglada nastepujaco: najpierw od 27 uderzamy do Slowenii, na mniejsze gorki, a nastepnie po kilku dniach od 1 do 5go kwietnia jedziemy kilkadziesiat kilometrow na polnoc, we wschodnie pasmo Alp, na ktorym, jesli sie uda - bedziemy przekraczali granice do Włoch w powietrzu. Dwukrotnie :) Tak by doleciec do Gemony i wrocic z powrotem do Tolmina lub Kobali w Słowenii. Jeśli pogoda będzie krzyżowała nam plany, to uderzamy bardziej na zachód do Bassano del Grappa we Włoszech. Innymi słowy, paralotniowy raj na wiosne :-)

Ostatni tydzien byl morderczy i ultra pracowity. Raz ze pelne dwa dni szkolen (notabene, bardzo pozytywnie zostalem nimi zaskoczony!), dwa ze masa pracy by zakonczyc wszystko przed wypadem. Klienci nie próżnują, a po recesji w biznesie w PL ani widu ani slychu... Zdazylem fuksem na pociag po piątej z Wawy do Kraka, w nim całe 2,5h intensywnie sklejałem oferte dla fioletowych. Dokończyłem ją już w domu, i o 22 wybyłem na miasto, dokonać resetu układu sterującego. Reset zakończył się pozytywnie w okolicach 5/6am i nawet nie obfitował dnia następnego w typowe jegoż syndromy - chwała K za 30 minutowy spacer do domu. Producenci kefiru też mają w tym udział.

Sobota szaleńcza, wszak za kilka godzin wyjezdzamy, a ja nie dosc ze nie spakowany, to połowy rzeczy nawet nie kupiłem (w tym namiotu, oraz nowych ciuchów do latania :) Sztuka pakowania na ostatni moment została tego dnia podniesiona na następny level: teraz także kupowanie wszystkiego na ostatnia chwile :)

Niestety nie dotarł na czas mój nowy spadachron zapasowy (po ostatnich przygodach w dachstein, zdecydowałem się na wymiane części sprzętu). Kupiłem mega wypasione ultra lekkie 1500 gramowe cacko (APCO 18SLT). Do Słowenii pojade więc z naprędce pożyczonym. Na dodatek prognozy pogody są bardzo kiepskie. Wręcz zastanwiamy się z Marem, czy na pewno jechać... Ponieważ musiałem popoludniu wpaść jeszcze do firmy podpisać ponad 100 kartek wielkanocnych, miałem bite 30 minut czasu do namysłu co tu zrobić z wyjazdem. Niby prosta rzecz, ale podczas tak fizycznie mozolnej pracy można zwariować (na ściance nie męczą mi się tak ręcę jak przy złożeniu tylu podpisów :-)

Decyzja: jedziemy!