poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Dachstein - czyli jak nie wychodzimy z full-stalla

No i miałem dzisiaj zabawe... Do teraz chodzę troszkę miekki. Mam całość nagraną na film, który wrzucę tutaj za kilka dni.

Od początku: Trzeci lot tego dnia, mam problemy ze startem, ale udaje się w końcu. Lecę grzecznie nad jeziorko. Powierze spokojne. Pode mną Dalibor nawiguje kogoś do lądowania, więc nudzę się w powietrzu. Mam około kilometr do tafli. Wreszcie po chwili trwającej wieczność Dalibor przez radio zapodaje do mnie: "AHOJ, witam Cie i zaczynamy. Na start fullstall z negatywką, możesz wykonywać." Luz, głębszy oddech, wyhamowuje skrzudło do minimalnej prękości i zaczynamy zabawę: NEGATYWKA! Jedna ręka maksymalnie w górę, druga w dół do oporu. Skrzydło nie każe mi czekać, natychmiast wykonuje moje polecenia. Dostaję błyskawicznej rotacji przez prawie ramie. 180 stopni zabiera mniej niż pół sekundy. Więcej nie chcę zakręcic, dociągam więc drugą rękę maksymalnie w dół. Rotacja ustaje.


Majta mnie straszliwie, ale trzymam twardo ręcę na dole, delikatnie je podnoszę, majtanie przechodzi w kołysanie. Spadam około 10m/s w dół w stabilnym fullstallu. Pozwalam sobie uspokojony na rzut oka w górę: skrzydło ładnie zamknięte.


Wtedy popełniam błąd. Odpuszczam na maksa ręcę w góre. Skrzydło tylko czeka na to... w mgnieniu oka nurkuje mocno pod mnie, próbuję je wyhamować ale nie daje rady, asymetrecznie zawija mi się w banana a ja przelatuje z potężną szybkością po łuku a mój błędnik informuje mnie że dookoła chaos :-) Nie mam kontaktu ze skrzydłem, linki wszystkie sflaczałe, nic nie mogę robić. Moje ciało zatacza swobodny łuk i tylko szybka myśl w głowie: problemy, duże problemy.


Myśl materializuje sie: wpadam w skrzydło. Zaliczam więc koszmar każdego pilota. W radiu słyszę Dalibora: oops będziemy mieli paczkę. Rzucaj paczkę, rzucaj paczkę!!! No dobra, prosto mu powiedzieć. Jestem mocno splątany skrzydłem i linkami. Wpadłem jak ryba w sieć. W głowie kolejna myśl z gatunku poje..nych: KU..A, dzisiaj już nie polatam :) Jeśli w ogóle...

Sięgam ręką do rączki ze spadachronem ratunkowym, ale nie rzucam go. Nie mogę. Linki oplatają mi prawą strone uprzeży. Lewą ręką energicznie odciągam linki blokujące jego wyciągnięcie. OK. Chyba starczy. Musi. Cały czas szybko tracę wysokość, nie mam więc co dalej czekać. Szarpie na maksa, wyciągam, odrzucam.... Co jest !?!?! Nie otwiera się!!! Bardzo szybko podlatuje wciąż zamknięty w paczce (stąd jego nazwa) pod czasze, okrąża się na linie i tak zostaje. Nie rozwinięty. FUCK!!!FUCK!!!FUCK!!! Żądam natychmiastowej interwencji mojego Anioła Stróża. Natychmiast!!! Zasuwam już kilkanaście metrów na sekunde w dół i nie mam czasu na zabawe. Anioł, leniwiec, nie przylatuje, więc biorę sprawy swoje ręcę: sięgam do lin zapasu ręką i szarpie, w międzyczasie szybko iterując znane mi bóstwa i modlitwy do nich. BUM. Rozłożył się. YEAH :) Chyba przy buddzie ;-) Czyżby czas zweryfikować mój ateizm? ;-)

No nic, Jestem bezpieczny. Mniej więcej. Czas ustabilizować to coś co szkoda nazwać lotem, zwłaszcza że jest stricte wertykalne i ma koło 7 m/s w dół :) Próbuje ściągnąć glajta do siebie, co muszę zrobić by zatrzymać rotacje i zmniejszyć szybkośc opadania. Gnida wyrywa się okropecznie i muszę ściągać go na chama, prawie że drąc materiał. Po kilku/nastu sekundach udaje mi się. Słyszę w słuchawcę kolejny raz Dalibora: "Jeśli możesz, wyłącz radio przed wodą". No tak.. woda, zapomniałem że jestem na wodą ;-) Jasne że mogę, sięgam spokojnie ręką, wyciągam radio z kieszeni, i zadowolony z siebie pozwalam sobie na chwile luzu odpowiadając Daliborowi: "Potwierdzam, wyłączam radio, bez odbioru". Klik. Kozak się znalazł... Zastanawiam się gdzie go włożyć, ale już nie zdążam tego zrobic, trach i wpadam w wodę. Nie patrzyłem na tafle i uciekł mi moment upadku. Chwila paniki, nie nabrałem powietrza... Zanim dopłynie łódź, minie około 30 sekund. Może minuta. A ja jestem szczelnie oplątany linkami. Skrzydło mnie przykryło, nie wiem nawet czy jestem nad czy pod powierzchnią. SPOKO, mówię sobie, zaraz powinienem się wynurzyć (efek jojo po skoku do wody), najwyżej stracę przytomność to mnie zreanimują (głupia myśl, ale dokładnie taka mi wtedy przeleciała przez głowę). Wszyscy potem pytali czy woda jest ciepła. Heh. Odpowiedź brzmi: wydawała się ciepła. Ale to dlatego że nie czułem jej napompowany adrenaliną. Co ciekawe myśli się bardzo trzeźwo, np: pomimo upadku do wody, braku większej ilości powietrza w płucach, strachu, radia w ręku (nie puściłem, a dzięki temu że zdążyłem je wyłączyć, po wysuszeniu działało jak nowe): praktycznie się nie ruszyłem, wiedząc że takie coś tylko pogorszy moją sytuacje ze względu na 300m linek dookoła mnie.

Anyway, po kilku sekundach i informacjach od mojego błędnika sprawdam ostrożnie czy mogę oddychać. Mogę. Nic nie widzę przykryty skrzydłem, ale ewidętnie usta mam nad powierzchnią. OK, głęboki wdech i maksymalny spokój :) Teraz mam przynajmniej 90 sekund, wieczność ;-) Jeśli można to tak nazwać. W tym momencie słyszę głośne TRACH i coś się rusza na mnie. AAaaaa no tak, zapomniałem :-) przecież mam na sobie automatyczną kamizelke ratunkową, która otwiera się kilka sekund po kontakcie z wodą. Jednak stres był tak spory, że zapomniałem o tak oczywistej rzeczy. Uspokajam się już całkiem. Za chwile podpływa łódź i wciągają mnie na nią. Sprzęt mokry waży tak dużo iż jedna osoba nie jest w stanie go podnieść. Ciąg dalszy historii suszenia, rozplątywania itd w kolejnych wpisach, tutaj jeszcze tylko wnioski oraz jedna myśl: całość trwała kilkadziesiąt sekund góra. Może nawet mniej. Doświadczenie KOSMICZNE w swej intensywności.

Kilka wniosków z dzisiaj:
.. full stalle potraktowne nieumiejętnie, są mordercze
.. moje skrzydło to nie zabawka, jest bardzo szybkie
.. spadachrony nie zawsze się otwierają, może warto mieć dwa
.. opadanie na zapasie jest bardzo szybkie, warto mieć większy zapas
.. nie da się ocenić poprawnie odległości do lustra wody
.. powietrze trzeba nabierać do płuc odpowiednio wcześniej
.. jeśli wpadniesz do wody bez kamizelki, utopisz się jak kot.
.. zabawy scyzorykiem zostawiamy do kina.
In Real life, splątany jesteś bez szans.
.. wszystko dzieje sie bardzo szybko, ale dopamina i adrenalina dają dużego kopa
.. dalej będę latał :-)

Dachstein - negatywka

Dzisiaj ćwiczymy na maksa negatywki i przeciągnięcia. Piknie i ładnie. KPZ wychodzi jak miodzio. KPZ czyli Krotkie Przeciągnięcie w Zakręcie. Wchodzę w zakręt na minimalnej, dokręcam jedną stronę na maksa, i nagle sterówka mięknie, wpada pod tyłek, a ja zaczynam energiczną rotację przez plecy. Natychmiast podnoszę obie ręcę do góry, glajt nurkuje pode mnie, szybkie przyhamowanie i spokojne wyjście z figury. KPZ jest miła i przyjemna, choć na mojej pomarańczce reakcja jest w pierwszej fazie powolna, a potem natychmiastowa. Przy pierwszej KPZ (znanej także jako: krótka negatywka bez przejścia do fullstalla), przytrzymałem sterówki za długo i zrobiłem pełne 360 stopni. Po takiej rotacji, wyjście przez odpuszczenie jest bardzo niebezpieczne i zasadniczo należy to robić przez full-stall, no ale że nie byłem świadom ryzyka, wszystko poszło dobrze :-)


Najbardziej podoba mi się w negatywce element rotacji przez plecy. Jedna połowa glajta leci do przodu, a druga do tyłu. Karuzela jak marzenie.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Dachstein - ćwiczenia nad ziemią

Dzisiaj czekaliśmy rankiem aż z naszej alpejskiej dolinki zejdą chmury i mgła. Alpejska mgła inwersyjna, którą widziałem do tej pory wyłacznie na zdjęciach w wikipedii, raziła mnie rankiem prosto w oczy. Z pensjonatu wyjechaliśmy dopiero o 10. Na sam szczyt wywozi nas kolej linowa, nowiutka i ładnie utrzymana (nie trzeba chyba mówić że całe austriackie miasteczko jest jak spod igły - porządek aż krzywi oczy). Jest niedziela, więc tłumy turystów (głównie geriatria). Słychać głośne woaaa, tambylców, gdy tylko wagonikiem chwieje - przyprawia mnie o znudzenie i ziewanie. Czy to już jest adrenalinowy szowinizm?


Na samej górze nie ma dużego wiatru, ale mimo iż słaby jest ze złego kierunku. Nie pozwala więc startować nam to z głównego startowiska, ale musimy z tyłu góry, na małej kamienistej łaczce odpalić, dość szybko przeleć kilkanaście metrów nad starą linią kolejki i po drugim zwrocie przemknąć nad przełęczą. Bułka z masłem. Startuje pierwszy z grupy. Jestem tak napalony na latanie jak szczerbaty na suchary. Żebra tylko delikatnie sygnalizują swoją obecność, ale zasadniczo painkillersy działają miodzio. Biorę równolegle trzy różne. Wiwat chemia. W powietrzu jestem w pełni sprawny. Fizycznie, bo latanie dwa tygodnie po wypadku jest szaleństwem, ale cóż poradzić na pasje? Aha, z góry panorama powala. Po prostu żal się robi jak sobie przypomnisz polskie malutkie tatry, i nie jest to kwestia wysokości, ale rozpiętości i różnorodności gór.



Po dolocie nad centrum dolinki trzepie po kolei figurki. Najfajniejsza huśtawka, ale mimo jej prostoty nie udaje mi się doprowadzić do frontstalla. Duże asymetryczne klapy wchodzą jak nóż w masło. B-stall stabilny jak mało co. Przez cały dzień odbywam trzy loty treningowe, a na koniec dnia zrywam się na drugi koniec doliny by wozić ponad godzinę dupe na termo żaglu. Miodzio. Najładniejszy chyba jest motyl. Nigdy bym nie powiedział że moje skrzydło może w takim układzie lecieć ?!?! Nie zawsze jednak jest bezpiecznie...


Skrzydło Mara, po dużym frontstallu przechodzi do motyla, a po jednym z nich dostaje krawat na pół skrzydła. Na szczęści jest prawie kilometr nad ziemią, więc na spokojnie trzepie sterówką aż uwalnia połówke kilkaset metrów niżej. Na dole stoi jego Kobieta i spokojnie trzaska mu fotki. Zuch dziewczyna. Maro potem mówił że też zero strachu. Robił co miał robić i tyle. Chyba nawet nie pomyślał by rzucać paczkę :-)


Ide troche popracowac teraz, jest 21, wszyscy śpią jak zabici, ja musze poczytać o STB, do spania wybieram sie koło 1..2. Przyjemności przyjemnościami, ale praca pracą.

Dachtein - organizacja ćwiczeń nad wodą

Sam Dachstein (szczyt) ma ponad 3000 mnpm, nasze startowisko będzie około 2200 mnpm, po starcie musimy kierować się w stronę jeziora gdzie dolatujemy na wysokości rzędu 1600 mnpm.


Daje nam to około 1000m do tafli wody lub ziemi (niektóre ćwiczenia robi się nad ziemią). Pozwala to wyprowadzić w locie 10 do 15 figur bez żadnych błędów a następnie podejść spokojnie do lądowania. Cały lot trwa do 20 minut, zaś w ciągu dnia planujemy ich około 3..5. Wydaje się nie dużo, ale potężny stres i końskie dawki adrenaliny, powodują że po takim dniu o 8ej wieczorem jest się tak wypompowanym (zjazdj poadrenalinowy) że padamy w łóżkach jak muchy, a na więcej ćwiczenia nie ma po prostu siły. Kobietom byśmy się tutaj na nic nie przydali ;-)

sobota, 29 sierpnia 2009

Dachstein - spis podstawowych figur

Dzisiaj omawialiśmy i ćwiczyliśmy:
.. huśtawka
.. dynamiczna asymetryczna klapa
.. przedłużona asymetryczna klapa (na zdjęciu)
.. front-stall dynamiczny
.. front-stall przedłużony
.. b-stall
.. motyl
.. spirala na dużych uszach ze speedem
.. negatywka z natychmiastowym wyjściem
.. negatywka 180 z przejściem do fullstalla
.. full stall z lotu swobodnego


Wszystko niby proste, ale diabeł tkwi w szczegółach. Przy full stallu robię dziecinny błąd, w efekcie którego ląduje w czaszy skrzydła. Licznik żyć minus jeden. Jutro ćwiczenia nad wodą...

Dachstein - zajęcia teoretyczne

iedzimy więc od rana i mamy zajęcia teoretyczne. Wszystkie figury po kolei omawiamy razem z prezentacja filmów, aspektami praktycznymi oraz teorią związaną z właściwościami aerodynamicznymi. Mimo iż część rzeczy znamy, całość bardzo smaczna. Wszyscy siedzą jak dzieci na pokazie filmów disneya. Buzie otwarte, bezdech, a co chwile: woaaaaa...


Dzisiaj pada. Panoramy nie ma :) SZa chwile idziemy na trening naziemny. Deszcz pierwszego dnia jest zbawienny bo mamy dzięki temu sporo czasu na przećwiczenie figur na sucho, bez parcia na latanie. Podczepiamy uprzęże pod sufit, jedna osoba wpina się i siada w niej, a druga stojąc na ziemi i ruszając uprzężą symuluje zachowanie i ruchy w danej figurze. Nasiadownik w tym czasie ćwiczy swoje reakcje. Łapy w góre, łapy w dół, przechył, timing, i od nowa. Uczę się co jest prawidłowe, a co błędne, co robić, a czego nie. Ćwiczyłem też rzucanie paki, czyli spadachronu ratunkowego. Po mojej kontuzji nie jestem w stanie jednym szarpnięciem wyrwać go i odrzucić, zabrało mi to kilka sekund więcej. Potem staranne pakowanie i podczepienie go w mojej uprzęży. Ufam tym sznurkom, blaszkom i płótnu jak własnym rękom.

Myk myk na ciag dalszy zajęć.


P.S. Dalej leje...

piątek, 28 sierpnia 2009

Dachstein - podróż

Wczoraj kilkaset kilometrów po Polsce, Warszawa, Łódź, Warszawa, Kraków. O 21 wizyta u lekarza, tak by w przeddzien decyzji o wyjeździe zdecydować czy dam rade czy nie. Opinia: lepiej nie, ale tutaj recepta na dodatkowe środki przeciwbólowe, bo coś Panu źle z oczu patrzy ;-)

Do 2 w nocy praca, i takoż dalej w piątek od 8 rano. Piątek miałem rozpisany z rozdzielczością na 10 minut :) Koło 13ej decyzja: dam rade, w efekcie której o 1545 jestem w domu i zaczynam zawody w konkursie na szybkie pakowanie bez wcześniejszego przygotowania. 16:22 jestem gotowy do drogi. 30kg bagażu. Wyjeżdżamy z Krakowa o 17:00, przed nami prawie 900km. Po drodze okazuje się iż zapomniałem przygotować jednej istotnej wyceny, więc kolejne 4h spędzam pracowicie na tylnym siedzeniu rozgryzając zagadnienia integracji BS<>BB, męcząc do ostatnich soków baterie mojego maka. Wiwat jony litowe.

Dalszej części podróży nie specjalnie pamiętam. Spałem. Jedyne co mi się rzuciło w oczy to ślicznie oświetlona w nocy rafineria pod Wiedniem, wyglądająca niczym scenografia do Blade Runnera. Technologia nas mocno wspiera: na starcie podróży iPhone wyestymował czas dotarcia na 2:07. Byliśmy na miejscu o 2:12am. Nice.

Szybkie zakwaterowanie (dużo luda), prysznic, ta notka, supermemo i do spania. Rano wstaje o 730: o 8 zbiórka. Na śniadanie będę miał bułkę kupioną rano u Romana w Kraku. Przejechała ze mną prawie tysiąc kilometrów i wciąż jest gotowa na pożarcie :-)

Ciekawe jak tu jest, przyjechaliśmy po ciemku w nocy. Burza i leje. Widać że góry, ale jakie już nie. GPS pokazywał jezioro, ale czy jest tu coś więcej? Rano panorama nas powali widokiem :) Przynajmniej taką mam nadzieję.