Na samej górze nie ma dużego wiatru, ale mimo iż słaby jest ze złego kierunku. Nie pozwala więc startować nam to z głównego startowiska, ale musimy z tyłu góry, na małej kamienistej łaczce odpalić, dość szybko przeleć kilkanaście metrów nad starą linią kolejki i po drugim zwrocie przemknąć nad przełęczą. Bułka z masłem. Startuje pierwszy z grupy. Jestem tak napalony na latanie jak szczerbaty na suchary. Żebra tylko delikatnie sygnalizują swoją obecność, ale zasadniczo painkillersy działają miodzio. Biorę równolegle trzy różne. Wiwat chemia. W powietrzu jestem w pełni sprawny. Fizycznie, bo latanie dwa tygodnie po wypadku jest szaleństwem, ale cóż poradzić na pasje? Aha, z góry panorama powala. Po prostu żal się robi jak sobie przypomnisz polskie malutkie tatry, i nie jest to kwestia wysokości, ale rozpiętości i różnorodności gór.
Po dolocie nad centrum dolinki trzepie po kolei figurki. Najfajniejsza huśtawka, ale mimo jej prostoty nie udaje mi się doprowadzić do frontstalla. Duże asymetryczne klapy wchodzą jak nóż w masło. B-stall stabilny jak mało co. Przez cały dzień odbywam trzy loty treningowe, a na koniec dnia zrywam się na drugi koniec doliny by wozić ponad godzinę dupe na termo żaglu. Miodzio. Najładniejszy chyba jest motyl. Nigdy bym nie powiedział że moje skrzydło może w takim układzie lecieć ?!?! Nie zawsze jednak jest bezpiecznie...
Skrzydło Mara, po dużym frontstallu przechodzi do motyla, a po jednym z nich dostaje krawat na pół skrzydła. Na szczęści jest prawie kilometr nad ziemią, więc na spokojnie trzepie sterówką aż uwalnia połówke kilkaset metrów niżej. Na dole stoi jego Kobieta i spokojnie trzaska mu fotki. Zuch dziewczyna. Maro potem mówił że też zero strachu. Robił co miał robić i tyle. Chyba nawet nie pomyślał by rzucać paczkę :-)
Ide troche popracowac teraz, jest 21, wszyscy śpią jak zabici, ja musze poczytać o STB, do spania wybieram sie koło 1..2. Przyjemności przyjemnościami, ale praca pracą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz