czwartek, 11 czerwca 2009

paralotnie: Rumunia, waga kondycji: czyli czy to jest lekki sport?

Tak pisze i pisze o lataniu i kreuję to na sielankową zabawę. Zresztą jak sam zaczynąłem latać to nie wydawało mi się iż kondycja może tu być istotna... O co więc chodzi? Nooo ten tego.. niestety jest istotna :-) Dzisiaj kilka krótkich zdań na ten temat - innymi słowy: gdzie i jak Wasz mały latający żuczek dostał w dupe (to że niby gnojownik :-)


Mianowicie o ile latanie w powietrzu nie angażuje jakoś strasznie mięśni całego ciała - w końcu siedzimy, o tyle na ziemi 'latanie' może dać solidnie w kość. A jak się okazuje w lataniu na paralotni aspekt naziemny wystepuje nader często. Zbyt często. Wystarczy że trzeba cały nasz 'malutki plecaczek' ponieść trochę do góry. Jak ostatnio się zważyłem, ze wszystkimi szpejami, to w pełni ubrany i oporządzony waże o 20kg więcej. Czyli dodatkowe 30% mojej masy :-) A że latam na (rozmiar skrzydła) eSce a nie XSce, to czasami dokładam kilka dodatkowych kilogramów by dociążyć skrzydło (jest wtedy bardziej stabilne w powietrzu oraz osiąga większe prędkości). Żądny prędkości w Rumunii latałem z dwoma aparatami, kilogramem pomarańczy i dwoma litrami soku (picie i jedzenie na wypadek lądowania daleko po przelocie, jeden aparat swój, a drugi Agi, się mi zapodział). Czyli tak z dodatkowe 5kg oprócz 20 standardowych. 40% mojej masy.


No i dopiekło mi to :-) A wszystko zaczęło sie od latania na żagielku. Górka niby mała - 200m (znaczy duża, ale ze szczytu na polana gdzie możemy lądowac było tylko 200m - potem w dół juz tylko kilkaset metrów samych drzew aż na samo dno doliny - zero miejsca do lądowania). No i z tej polanki nie ma wjazdu samochodem. Trzeba z buta zapodować po lądowaniu. Wystarczyło mi dwa razy podejść ze wszystkim (sprzęt złożony w kalafior) do samej góry. Słońce leje żar z nieba, trawka wysoka, a ja muszę zasuwać. Po takim marszu, minimum 10 minut leżałem bez ducha na startowisku. Następnie dnia zakwasy mięśni całej obręczy barkowej :-) A miało byc tak pieknie i leniwie. Hyhy. Tego dnia zasuwałem coś z 5 raz tak.Żądza startów i latania wyziera mi z oczu poniżej, prawda? :-)


Jaki z tego wniosek? Na wszystkich wyjazdach warto zapewnić sobie transport z dołu do góry, albo przynajmniej startować w takich warunkach w których polatamy długo kilka godzin bez zbędnego lądowania i w zasadzie jednym lotem wyczerpiemy naszą całodzienną żądze przygód. O ile bowiem przebywanie w powietrzu nie jest siłowe, o tyle po kilku godzinach robi się trochę nudno, zimno, a i jakiś krzaczek na ziemi z chęcią człowiek by zaliczył ;-)


Aha, poprawka. Jak jest niezła termika i długo i często kręcimy kominy, łapki troche bolą od zaciągania sterówek. Zwłaszcza że przez cały czas trzymamy je w górze. Potem do wieszania firanek przydaje się jak znalazł. Mogę obwiesić i 20 okien bez zmęczenia. Na starość taki biznes odpale: tanio wieszam firanki. Za strawę :)

Brak komentarzy: