Z ostatniego miasteczka wjechaliśmy długimi serpentynami do końca cywilizacji. Stoi tutaj malowniczy kościółek, niczym mały zameczek z powieści Tolkiena. Obok schronisko. Troche nas kusiło by w nim zamieszkać (4 euro za noc ze śniadaniem), a nie jak planowaliśmy pojechać głębiej i rozbić obozowisko na dziko pod namiotami... Chmury zalegają gęsto i góry kryją się pod ich kołderką. Nie wiemy jeszcze jak bardzo jest tu malowniczo w pełnym słońcu... Na nie przyjdzie poczekać do jutra. Tymczasem kościółek zostaje obfotografowany z każdej strony...
O dziwo to dziewczyny wolą namioty. My, męski pomiot, skłanialiśmy się w stronę schroniska :-) No ale... musimy trzymać się razem, więc zbieramy tyłek w troki i jedziemy niedaleko w góry rozbić obóz.
Rozbijamy go na przełęczy. GPS mówi 1400mnpm. Pięknie i sielankowo (zdjęcie z następnego dnia), aczkolwiek w przypadku burzy zdmuchnie nas stąd jak trawkę. Prognozy na kilka dni są jednak pozytywne więc lekce sobie ważymy harcerskie doświadczenie i rozkładamy się tam w kilka namiotów.
Zasadniczo nic nie robimy, jemy, gadamy, pijemy, idziemy spać :-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz