sobota, 6 czerwca 2009

paralotnie: Rumunia, myjumyju z cyganami w tle..

No fuck... ide sobie do lokalnego źródełka, dokonać ablucji, rozkładam się na trawce, ręczniczek, mydełko, kubeczek do polewania ciałka. Muszki (takie małe) gryzą wściekle, oganiam się od nich jak mogę, nie podejrzewając że dopiero po dwóch dniach wyskoczy mi 30 swędzących bąbelków. Na razie mnie tylko wkur..ają. No więc jestem rozebrany do rosołu, słysze coś...

Obracam się ....


Nie, nie sosenka ze zdjęcia, którą wkleiłem bo mi się podobała. Za to wóz pełen cyganów. Cała rodzinka wielopokoleniowa, kilkunastoosobowa, wielobarwna, chałaśliwa, ani chybi żądna mej krwi, a przynajmniej wody z mojego (uzurpuję sobie) źródełka. WTF?!?!? Zatrzymują się kilka metrów dalej. Myślę sobie: a teraz wyciągną aparaty i zaczną robić mi zdjęcia :-DDD /ja niestety swojego nie miałem, wiecie, to miała być wyprawa do dzikiej łazienki :)/ Ale nie... podchodzi ojciec rodziny z... wódeczką! Czytaj bimbrem. Językowo nie jesteśmy w stanie się porozumieć, ale przy odrobinie wysiłku, machanie rękami wystarcza :-) Cyganie dzielą się jeszcze serkiem (z owcy na oko) oraz dwoma jajkami. Brązowymi. Pewnie bazyliszka. Po czym grzecznie czekają aż dokończe swoją toalete...

No i co ja mam zrobić? Dalej nago paradować? No dobra, w bokserkach byłem :) Ale tak sobie myślę, że przecież ani oni, ani ja, do końca życia już się pewnie nie spotkamy, więc co mi tam. Zero wstydu i dalej robie swoje :) Po kwadransie grzeczne papa i wracam dłuższym spacerem do obozowiska z widokami na zachodzące słońce. I pewnie śmiechem za plecami :-)


BTW: woda w strumyku lodowata. Umyjcie się w czymś takim :-)

Brak komentarzy: