niedziela, 7 czerwca 2009

paralotnie: Rumunia, ground handlingowa wprawka

W niedziele ćwiczymy. Wieje rano tak mocno, że latać w góry pojedziemy dopiero popołudniu. Ranek spędzamy więc oczywiście na śniadaniu, przeciąganiu się, no i przede wszystkim rozpakowywaniu naszych zabawek. Żarcia nawieźliśmy że hej. W ogóle jesteśmy mocno przygotowani i chyba nie ma rzeczy której by nam zabrakło. Łącznie z komputerami, ładowarkami, 7 cyfrówkami (ja sam mam dwie :) itp itd.



Pogoda nastraja ultra optymistycznie. Coprawda mocno wieje, ale góry się poodsłaniały i zapowiedź tego co ma nas czekać w najbliższych dniach wygląda więcej niż optymistycznie. Po prostu miodzio. Takie bieszczady, tylko 10x większe, półtoraraza wyższe i jakieś takie dzikie. To przez to że rozległe. Kłócimy się chwile ile kilometrów na północ jest ukraina (jesteśmy niedaleko granicy), i ile będziemy mogli latać w tamtym kierunku. Potencjalne lądowanie po stronie ukraińskiej wiązałoby się z dużymi problemami: brak wypełnionego kwitka na granicy + brak pieczątki w paszporcie = duży problem z policją. W ramach EU można swobodnie przekraczać granicę w powietrzu, ale już poza nie. Tym samym wiemy już w którą stronę latać nie będziemy.


Nic to, czekając aż wiatr osłabnie Gotek pomaga montować nam speedsystemy, zapasy, ustawiać uprząż i ogólnie cyzelować nasze zabawki. Aga podczepia się pod drzewo i wisi w swojej uprzeży i prezentując jak skręcać biodrami (czyt. tyłkiem), sterująć skrzydłem bez pomocy sterówek. Kobiety mają prościej, a my biedne trutnie, nie potrafiące kręcić pupcią znowu mamy pod górkę ;-)




Po zakończeniu żmudnego procesu ustawiania, mykamy na łączke (w zasadzie na naszej przełączy to jest jedna wieeeeeeelka duża łąka) poćwiczyć na ziemi. Czyli stawianie skrzydła na ziemi. Rozpisywać sie o tym nie będę bo już kiedyś pisałem o ground handlingu, wklejam tylko dwa zdjęcia. Na jednym Zbychu stwierdził że jednak w dupie ma ground-handling i leci, z czym nie do końca chciał się zgodzić Troll ;-)


Brak komentarzy: